Rekrutacja na handlowca wygląda następująco:
Na samym początku zostajemy zaproszeni na spotkanie grupowe (a to już pokazuje, jaki szacunek ma się do kandydatów na stanowisko handlowe) na którym usłyszymy, że UWAGA - jeśli usłyszane informacje nam nie odpowiadają i uznamy, że proponowane warunki nam nie odpowiadają, możemy bez słowa wstać i wyjść, nie ma żadnego problemu (kolejny przykład "profesjonalizmu").
Na spotkaniu pani prezes do znudzenia będzie powtarzać, że na tym stanowisku nic się nie zarabia przez pierwsze pół roku (warto o tym pamiętać, później do tego wrócę). No dosłownie pustki na koncie, zero przelewów, klienci wredni, nie płacą, panie. Bida z nyndzą, tylko siąść i płakać.
Ale po tych sześciu miesiącach - łooo hooo! Keszu tyle, że matematycy nie wymyślili nazw dla kwot, jakie będzie się zarabiać! Zima idzie, będzie czym w piecu palić ;]
Potem - standardowo, test kompetencji, pytanie do widzów i heja, do domu. "Odezwiemy się".
A jak się już odezwą, to uwaga, zaszczyt zaszczytów, bo dzwoni do nas sama pani prezes z pytaniem... czy naprawdę chcemy w to wejść? Ale naprawdę? NAPRAWDĘ CHCEMY? NAAPRAWDĘĘĘĘ?
Po kilkukrotnej odpowiedzi na to samo pytanie zostajemy zaproszeni na rozmowę indywidualną, która mniej więcej wygląda tak, jak poprzednie spotkanie - pani prezes gada, a my słuchamy potulnie, jak świnia grzmotu.
Jedyną różnicą jest zadanie bojowe, czyli pokaz umiejętności sprzedażowych - nieważne, jak nam pójdzie (mi poszło koszmarnie:D) i tak zostajemy przyjęci, hurrraa.
Teraz warto wspomnieć o warunkach:
układ jest taki, że przez pierwszy miesiąc pracujemy na umowie o dzieło ew. zlecenia. Potem lecimy zakładać własną działalność gospodarczą, która umożliwi nam dalszą współpracę z Radiem. Cóż za wygoda, nie musieć płacić składek na pracowników, gdy możemy na nich wymusić samozatrudnienie :) Witamy w Polszy ;]
Wszystko jest ładne, piękne i pachnące, jednak jeśli wczytamy się w tekst umowy, trafimy na pewne kwiatki - otóż w umowie jest zapis, że pierwsze półrocze współpracy jest objęte klauzulą, która mówi, że jeśli przez dwa miesiące z rzędu nie wyrobimy limitu narzuconego przez przełożonych (ilość spotkań sprzedażowych i target, o tym też za chwilę) to płacimy karę za szkolenie w wysokości 6 tyś zł.
Czytając ten paragraf od razu przypominają się słowa pani prezes o tym że "przez pierwsze sześć miesięcy nic nie zarobicie!" Dodając dwa do dwóch widać, że wychodzi złamany ch*j, ale nic, czytamy dalej i czego się dowiadujemy?
Np. tego, że podejmując współpracę już na etapie działalności gospodarczej zobowiązujemy się do stałej, ścisłej kooperacji przez okres sześciu miesięcy - jeśli przed upływem tego czasu wypowiemy umowę, płacimy "karę umowną" - spokojnie, tym razem niższą!.. 5 tysięcy ;]
W odpowiedzi na ew. pytania w stylu "no dobra, ale czy handlowiec może rozwiązać umowę bez kary?" odpowiem JAAAASNE!... o ile ma udowodnione na piśmie opóźnienie firmy w wypłacie prowizji ;] Tylko wtedy możemy się rozstać bez konsekwencji :D
Wiadomo, że praca handlowca to nie wąchanie kwiatków i nie dziwota, że są nałożone wymogi i kary ("które są tylko umowne i mają wystraszyć obiboków! Jeszcze nigdy nie były użyte!" "To dlaczego są w umowie, która w chwili podpisania dokumentu, będzie argumentem między stronami w trakcie omawiania kwestii spornych?" "...") ale jeszcze jest kwestia JAK się mamy wywiązać z wymagań ;]
Na okresie szkolnym dowiadujemy się, że ABSOLUTNYM MINIMUM MINIMORUM dla handlowca jest odbycie 18 spotkań sprzedażowych miesięcznie. Tak, dobrze czytacie. 18 spotkań MIESIĘCZNIE i jest to wg. nich MINIMUM ;]
Ciekawie? To jedziemy dalej - żeby było śmieszniej, spotkanie sprzedażowe jest dopiero DRUGIM z kolei, które odbywamy z klientem. Na pierwszym "zapoznajemy się" i proponujemy kolejne, sprzedażowe (by móc je wpisać sobie do planu), a jeśli klient powie nam "przyjdź pan za tydzień.. albo dwa... albo w ogóle pan więcej nie przychodź!" to nasz problem ;]
Ale otrzyjcie łzy, bowiem oto jest nadzieja - mianowicie - do tego samego klienta, na spotkanie sprzedażowe możemy przyjść nawet dwa, trzy lub i więcej razy!... o ile na każde przygotujemy mu NOWĄ OFERTĘ ;] A fakt, że z klienta, którego "mieli się" kolejnym spotkaniem nic nie będzie, nikogo nie obchodzi - plan realizowany, nasza kieszeń pusta, chwalmy pana, alleluja jedziemy dalej.
A dojeżdżamy do kwestii końcowej - jak wspomniałem wcześniej, za brak wyników, zerwanie umowy z naszej strony etc, są kary, right? M.in. sześć tysi za szkolenie.
Jeśli tutaj pojawia się pytanie - jakież to musi być szkolenie, że aż na tyle je wyceniają? Odpowiadam: szkolenie to