Aplikowałem na stanowisko front-end developera do Property Group (firma-matka m.in. Platformy Mieszkaniowej, RynekPierwotny.pl itd.). Ponieważ firma nie ma swojego profilu na GoWork, wrzucam opinię tutaj.
Proces rekrutacyjny zaczął się od zadania technicznego – bez żadnej wcześniejszej rozmowy, pytania o moje oczekiwania czy dopasowanie. Zadanie było dość rozbudowane i robiłem je przez trzy dni. Potem cisza – przez 11 dni żadnego kontaktu. W końcu sam się przypomniałem, bo nie miałem pewności, czy zadanie w ogóle do nich dotarło. Po jakimś czasie dostałem zaproszenie na rozmowę techniczną.
I tu zdziwienie: ani jednego pytania o zadanie, które przecież było podstawą zaproszenia. Zero rozmowy o podejściu, decyzjach, problemach czy kodzie. Jeśli to zadanie miało być tylko filtrem, to mogło być o połowę krótsze. A jeśli miało większe znaczenie – czemu nikt go nawet nie otworzył? Tak, mogłem o to zapytać – ale naprawdę, czy wszystko musi wychodzić od kandydata? Chyba fajnie byłoby, gdyby firma sama pokazała zainteresowanie.
Zamiast tego – klasyczna seria pytań z front-endu. OK, rozumiem taki format. Ale szkoda, że nikt nie uprzedził, że zadanie będzie tylko formalnością. Gdybym o tym wiedział, może nie poświęcałbym kilku dni na jego wykonanie.
W drugiej części rozmowy rozmawiałem z IT Development Managerem. I tutaj pojawiły się zagadki logiczne – takie typowe „IQ-testy” z dawnych czasopism. Jasne, logiczne myślenie jest ważne w tej pracy, ale chyba lepiej je sprawdzać w kontekście kodu, a nie bajki o przewożeniu kozy przez rzekę. Takie zadania bardziej sprawdzają, czy ktoś już to kiedyś widział, niż czy potrafi rozwiązywać rzeczywiste problemy.
Możliwe, że właśnie na tym etapie nie wypadłem tak, jak firma chciała – i spoko, jeśli taki format im odpowiada. Ale warto byłoby to wcześniej zakomunikować, żeby kandydaci wiedzieli, na co się piszą.
Na końcu rozmowy była sekcja, w której mogłem zadać pytania. Skoro stack front-endowy był podany w ogłoszeniu, zapytałem o rzeczy, które go uzupełniają – np. w jakim projekcie miałbym pracować, czy korzystają z REST-a czy GraphQL i jaki stack jest po stronie backendu. Z perspektywy developera to ważne informacje – bo pokazują, z czym realnie będzie się pracować. Niestety, odpowiedź, jaką dostałem, brzmiała: „to tajne”. I to przy absolutnie podstawowych pytaniach.
Ostatecznie na jedno z pytań odpowiedź padła – ale dopiero po chwili zauważalnej niepewności ze strony tech leada. IT Manager nic wtedy nie powiedział, ale dało się wyczuć, że temat jest „delikatny”. Szczerze mówiąc, było to dość dziwne, bo informacje, o które pytałem, można bez problemu znaleźć w publicznych ogłoszeniach o pracę. Trudno zrozumieć, skąd ten dystans i „tajność” – zamiast profesjonalnego wrażenia zostaje uczucie, że coś jest nie tak z komunikacją.
Po tygodniu dostałem maila z gotową formułką. Zero personalizacji, żadnego feedbacku, żadnego odniesienia do czegokolwiek z rozmowy. Rozumiem, że nie każdy dostaje telefon – ale po kilku godzinach procesu, miło byłoby dostać chociaż krótką wiadomość napisaną z myślą o konkretnej osobie, a nie kopiuj-wklej.
Skoro nie było opcji zostawienia opinii po rekrutacji, to zostawiam ją tutaj. Może komuś się przyda — ja niestety wyszedłem z tego procesu tylko ze stratą czasu.