Stany Zjednoczone w wyobrażeniach Polaków są miejscem, w którym jakość życia, możliwości rozwoju osobistego oraz zawodowego cały czas utrzymują się na wysokim poziomie. Spełnienie amerykańskiego snu dla wielu osób jest przywilejem, który wiąże się z całkowitą zmianą stylu życia oraz poznaniem zupełnie innej kultury. Mimo to są osoby, które po latach emigracji decydują się na powrót do ojczyzny. O historii wyjazdu do USA, realiach życia i pracy w tym miejscu, a także powodach powrotu do kraju i próbie odnalezienia się na polskim rynku pracy, opowiada nam Dominika Mangram, Employer Branding Team Leader w GoWork-u.

Czym zajmujesz się w Goworku?
Pracuję na stanowisku Employer Branding Team Leadera, czyli koordynuję pracę trzyosobowego zespołu wspierającego klientów.
Kiedy zaczęła się Twoja przygoda z Goworkiem?
Przygodę z Goworkiem zaczęłam na początku listopada zeszłego roku. Mimo, że pracuję tutaj niespełna rok, był to bardzo dynamiczny czas. Wprowadziliśmy duże zmiany – początkowo obsługiwaliśmy mniejsze firmy, natomiast w ostatnim czasie poszerzyliśmy pole działania o większych klientów. Dodam, że pomimo pewnych obaw, związanych ze zmianą, był to bardzo satysfakcjonujący etap, ponieważ mój zespół osiągnął zamierzone cele, nawet z sukcesami, co napawa mnie niesamowitą dumą.
Masz polskie korzenie, jednak przez ostatnie 20 lat mieszkałaś w USA.
Moi rodzice pochodzą z województwa świętokrzyskiego, w którym aktualnie mieszkają, jednak jeszcze przed moimi narodzinami wyprowadzili się na Śląsk. Urodziłam się i wychowywałam w Świętochłowicach, znajdujących się w okolicach Bytomia. Również na Śląsku, konkretnie w Katowicach, podjęłam studia na kierunku Filologia angielska. Język angielski zawsze był mi bliski, czułam satysfakcję z komunikacji w tym języku, jednak nie planowałam emigracji. Było mi dobrze i właściwie nie miałam potrzeby żadnych zmian. Jedyne co miałam w planach to krótki, wakacyjny wyjazd do Wielkiej Brytanii. Nie doszło jednak do tego wyjazdu, ponieważ moi znajomi, przebywający wtedy na wymianie studenckiej w Stanach Zjednoczonych, namówili mnie na przyjazd do Colorado Springs. Ich argumentem było to, że Londyn jest na tyle blisko Polski, że mogę pojechać tam w każdej chwili, natomiast szansa wyjazdu do USA może nie powtórzyć się i warto wykorzystać to, że przebywa tam tylu znajomych. Stwierdziłam, że ma to sens i że Londyn poczeka. Dodam, że minęło 20 lat, a ja nadal nie byłam w Londynie, mimo że zwiedziłam właściwie całą Europę (śmiech).
Co robiłaś po przyjeździe do USA?
Moi znajomi pracowali wtedy w ekskluzywnym, pięciogwiazdkowym resorcie, dlatego również podjęłam tam pracę. Myślałam, że USA to kilkumiesięczna przygoda, jednak poznałam tam mojego przyszłego męża, co skłoniło mnie do podjęcia decyzji o pozostaniu w Stanach.

Jak wyglądały początki Twojej emigracji, czy było Ci ciężko?
Emigracja składa się trzech etapów i właściwie etapy te dotyczą zdecydowanej większości osób. Pierwszą fazą jest fascynacja, ekscytacja nowym, nieznanym miejscem, nawiązywaniem znajomości. Te nowe bodźce niwelują tęsknotę za krajem, rodziną. Właściwie nie myśli się wtedy za wiele o ojczyźnie, ponieważ jest się skupionym na doświadczaniu. Po tej pierwszej pozytywnej fazie, przychodzi kolejna, niestety mniej pozytywna. Jest to właściwe takie zwątpienie, tęsknota za krajem, za rodziną. Towarzyszą temu poczucie wyobcowania i samotność. Dla mnie był to czas bardzo częstych rozmów online z rodziną i przyjaciółmi, znajdującymi się w Polsce. W mojej głowie pojawiały się myśli o powrocie. Po tej krytycznej, przejściowej fazie, pojawia się kolejny etap, czyli poczucie stabilizacji, świadomość, że miejsce, w którym znajduję się jest mi bliskie, mogę nazwać je domem. Czułam się wtedy bardzo komfortowo, wszystkie dotychczasowe obawy zniknęły. W tamtym momencie, fakt, że mój mąż jest Amerykaninem, z pewnością ułatwił mi proces adaptacji, wsiąknięcia w środowisko.
Jak potoczyła się Twoja dalsza historia?
Tak jak wspomniałam, wyszłam za mąż i urodziłam córeczkę. W międzyczasie, po 9 latach życia w Colorado, przeprowadziliśmy się na Florydę. Generalnie byliśmy zadowoleni z naszego życia, wszystko układało się zgodnie z oczekiwaniami. Kryzys nadszedł po niecałych 10 latach pobytu w Stanach, kiedy to mój mąż poważnie zachorował i zmarł w ciągu czterech miesięcy od diagnozy. Zostałam sama z malutkim dzieckiem. Miałam wtedy zaledwie 35 lat, więc w żadnym stopniu nie byłam gotowa na takie doświadczenia. To był dla mnie szok. Oczywiście rodzina namawiała mnie do powrotu do Polski, jednak czułam, że to w Stanach jest mój dom i że pomimo ogromnych trudności, nie zrezygnuję i zostanę tam.
Podejrzewam, że musiało Ci być wtedy bardzo ciężko…
Z całą pewnością był to najciemniejszy okres mojego życia. Mimo ogromnej straty, cierpienia, nie pozwoliłam sobie jednak na frustrację, zgorzknienie. Nie przekułam cierpienia w negatywne nastawienie do życia, innych ludzi. Zdaję sobie sprawę, że traumatyczne doświadczenia potrafią przewrócić człowieka, przestawić jego myślenie, wprowadzić negatywne nastawienie. Myślę jednak, że nie można poddać się i warto przekuć kryzys w życiową mądrość. Jestem wdzięczna za to, że potrafiłam przyjąć taką perspektywę, a ta sytuacja nauczyła mnie tego, żeby dostrzegać dobro, piękno w innych ludziach. W najtrudniejszych momentach spotkało mnie wiele dobrego ze strony otoczenia, co dodało mi wiary w drugiego człowieka. Być może dzięki temu do dzisiaj przyciągam dobre, pomocne osoby. Wydaje mi się, że mam szczęście do ludzi. Nie trzeba daleko szukać, bo w Goworku również jestem otoczona świetnymi ludźmi, co ma przełożenie na satysfakcję i motywację do pracy.
Jak przez te lata emigracji rozwijała się Twoja zawodowa historia?
Tak jak wspominałam, bezpośrednio po przyjeździe do Stanów, podjęłam pracę w resorcie jako obsługa dostarczająca prezenty do pokojów gości. Podkreślam, że początkowo miała być to praca na czas wakacji, jednak gdy okazało się, że zostanę na dłużej, zajęcie to wydawało mi się mało ambitne. Zawsze dążyłam do rozwoju w związku z czym zaczęłam rozglądać się na ciekawszym stanowiskiem. W niedługim czasie udało mi się przenieść do działu rezerwacji, jednak to zajęcie również nie spełniało moich oczekiwań. Praca była monotonna i nie dawała możliwości rozwoju. Następnie przeniosłam się do SPA, znajdującym się w tym resorcie, gdzie zostałam Supervisorem Sprzedaży, podlegającym bezpośrednio Managerowi. Moja praca polegała na sprzedaży usług SPA. Po około dwóch-trzech latach nastąpił kryzys gospodarczy, a co za tym idzie, fala zwolnień. Niestety ja również straciłam pracę. Moje bezrobocie trwało około dwóch miesięcy, ponieważ dość szybko znalazłam pracę w T-Mobile jako Manager dwóch placówek, gdzie zarządzałam zespołami sprzedażowymi.
Przypuszczam, że zarządzanie dwiema placówkami było dość wymagającym zajęciem?
Dokładnie. Finalnie udało się zatrudnić kolejnego Managera, więc docelowo zostałam z jedną placówką. Miło wspominam tę pracę, ponieważ towarzyszyły jej pewne sukcesy – mój zespół znajdował się na pierwszym miejscu wśród wszystkich zespołów T-Mobile w Stanach. Z czasem firma T-Mobile przeszła mocną restrukturyzację, nastąpiło bardzo dużo zmian, co było powodem mojego odejścia. Był to dla mnie moment zmiany branży na sektor meblarski, a konkretnie meble projektowane i wykonywane na zmówienie, bardzo drogie, o bardzo wysokiej jakości. Tam również zajmowałam się sprzedażą. W międzyczasie awansowałam na stanowisko Dyrektora Generalnego, mającego pod sobą Biuro Obsługi Klienta i magazyn, a następnie także Zespół Sprzedażowy. Potem, wraz z mężem, podjęliśmy decyzję o przeprowadzce na Florydę.

Co było powodem przeprowadzki?
Często odwiedzaliśmy Florydę i byliśmy zafascynowani jej krajobrazem i wakacyjną pogodą. W takim miejscu czujesz się jak na wiecznych wakacjach – mieszkasz nad samym oceanem, dookoła palmy, pozytywnie nastawieni ludzie. Po prostu raj na ziemi. W pewnym momencie stwierdziłam, że musimy wraz z mężem podjąć decyzję – przestać wyłącznie zachwycać się Florydą i po prostu zamieszkać tam.
Rozumiem, że podjęłaś tam nową pracę?
Tak, znalazłam pracę również w branży meblarskiej, w renomowanej firmie. Był jednak tzw. haczyk. Pomimo, że miałam doświadczenie dyrektorskie w tej branży, musiałam zacząć od niższego stanowiska. Po prostu ta firma miała taką zasadę, że trzeba było przejść przez wszystkie stanowiska, poczynając od handlowca, co wiązało się z niższym, niż dotychczas, wynagrodzeniem. Firma gwarantowała mi możliwości rozwoju, ale oczywiście były to wyłącznie obietnice, więc w pewnym sensie zaryzykowałam z nadzieją, że uda mi się w miarę szybko awansować.
Czy udało się?
Do dzisiaj ciężko mi w to uwierzyć, ale awansowałam na Managera Sprzedaży już po trzech miesiącach. Po kolejnym roku zaproponowano mi przejęcie placówki i Działu Sprzedaży. Przez kolejne lata – ja i mój zespół – mieliśmy najwyższe wyniki sprzedażowe w całej firmie.
Jak widać, sukces zawsze szedł z Tobą w parze. Jak myślisz, dlaczego?
Myślę, że pomijając kompetencje, ja po prostu zawsze miałam dobre relacje ze współpracownikami, niesamowitą łatwość w nawiązywaniu tych kontaktów i szczęście do ludzi i miejsc. To z pewnością wpłynęło na rozwój kariery zawodowej, awanse etc. Zawsze interesował mnie drugi człowiek, dbałam o te kontakty. I to chyba zaowocowało w postaci zgranego zespołu, większej motywacji, co przełożyło się na wyniki. Zresztą, do dzisiaj mam kontakt z osobami, z którymi współpracowałam w Stanach. Lubię zdrową rywalizację, oraz to, że zespół jest zmotywowany i usatysfakcjonowany. Właściwie mogę śmiało powiedzieć, że dla mnie ludzie są najważniejsi, a priorytetem był, i nadal jest, mój zespół. Poza tym, zawsze byłam bardzo ambitna, co zaszczepiła we mnie moja mama. Niezależnie od firmy, czy stanowiska, staram się dawać z siebie wszystko, wykonać zadanie najlepiej jak potrafię.

Jestem ciekawa, czy mając potencjał w postaci dobrej znajomości języka angielskiego, przez tyle lat życia w Stanach, udało Ci się opanować amerykański akcent?
Wydaje mi się, że nie, ponieważ w Stanach często pytano mnie, skąd pochodzę. Świadczyłoby to, że jednak nie udało mi się opanować akcentu. Poza tym, po powrocie do Polski, spotykam się z opinią, że nie słychać u mnie amerykańskich naleciałości i że mówię tak, jakbym nigdy nie mieszkała w Stanach. Co prawda, początkowo miałam problem z dobraniem, odnalezieniem niektórych polskich słów, ale mam wrażenie, że po roku od powrotu, idzie mi coraz lepiej.
Co ciekawe, nie wtrącasz anglojęzycznych zwrotów…
No właśnie. W Stanach nie miałam żadnego kontaktu z językiem polskim. Jedyne co, to rozmowy online z rodzicami. To jest tym bardziej dziwne, bo naszym domu rozmawiamy wyłącznie po angielsku, ponieważ mój partner jest Amerykaninem.
Wróciłaś do Polski rok temu. Co było powodem?
Do Polski wróciłam z siedemnastoletnią córką oraz partnerem i naszym małym synkiem, który aktualnie ma dwa latka. Właściwie był jeden powód – tęsknota za rodzicami i potrzeba ich bliskości. Zresztą przez te wszystkie lata, to moi rodzice namawiali mnie do powrotu. Właściwie zawsze żyłam w takim rozdarciu – z jednej strony miałam stabilne życie w Stanach, z drugiej, brakowało mi rodziców, Polski, Polaków, i oczywiście – polskiego jedzenia. Moja mama zachorowała, co przypieczętowało decyzję o powrocie. Zamieszkaliśmy w pobliżu moich rodziców, w województwie świętokrzyskim. Bardzo cieszę się, że moje dzieci mają bliski kontakt z dziadkami, co ma bardzo dobry wpływ szczególnie na synka.
Czy miałaś obawy związane z powrotem do Polski?
Największe obawy dotyczyły pracy. Nie byłam pewna swoich umiejętności językowych i towarzyszył mi lęk, że nie będę zbyt klarowana w komunikacji z potencjalnym pracodawcą. Było ryzyko, że nie oddam w słowach tego, co mam na myśli. Było to dla mnie bardzo niekomfortowe.
Od powrotu minął rok. Jestem ciekawa, jak oceniasz tę decyzję – plusy i minusy?
Wspomniałam wcześniej o fazach, przez które przechodzi się na emigracji. Ja teraz też przechodzę dokładnie te same fazy, co po przeprowadzce do Stanów. Aktualnie jestem pomiędzy drugą a trzecią fazą, czyli minęła ekscytacja, a pojawiło się trochę obiekcji, tęsknota za Florydą, oraz niepewność, czy podjęliśmy dobrą decyzję. Po prostu zauważyłam pewne różnice, których na początku nie widziałam. Na plus jest bliskość rodziny, to że dziadkowie towarzyszą w dorastaniu naszego synka. Doceniamy piękno polskiej natury (lasy, pola). Oczywiście polska kuchnia, którą zachwycam się, co wpłynęło również na moją wagę (śmiech). Natomiast to z czym musimy się mierzyć, to z pewnością nastawienie Polaków – brak optymizmu, uśmiechu, narzekanie. My jednak mamy w sobie to radosne, amerykańskie usposobienie, dlatego ten polski sceptycyzm bywa męczący. Jest to widoczne chociażby w urzędach, gdzie urzędnik jest zdenerwowany samym faktem, że przyszedłeś coś załatwić. To co jeszcze mocno nas zaskoczyło, to polska pogoda. Bezpośrednio po powrocie zrozumiałam, że tak zwana złota polska jesień wygląda trochę inaczej niż mogłam przypuszczać. Zderzyliśmy się z zimnem, brakiem słońca i tym, że po godzinie 16 robi się ciemno. Nie są to jednak przeszkody nie do pokonania. Te aspekty powodują pewien dyskomfort, jednak wolimy skupiać się na plusach.
A czy Twój partner, Amerykanin, odnajduje się w Polsce?
Jak najbardziej. Jemu wszędzie jest dobrze i widzi same plusy. Być może fakt, że nie rozumie języka polskiego, ułatwia takie nastawienie (śmiech). Zresztą mój nastrój również poprawił się. Prawdopodobnie lato i słońce wpłynęły na podbicie nastroju. Zaczynam dostrzegać coraz więcej plusów życia w Polsce. Przypomnę jeszcze, że moja córka, jest już prawie dorosła i również ma swoje przemyślenia na temat przeprowadzki do Polski. Początkowo była nastawiona dość sceptycznie, jednak z biegiem czasu, zaaklimatyzowała się, czuje się komfortowo i myśli o podjęciu studiów na polskiej uczelni.
Czy planujecie tutaj zostać?
Tak, planujemy kupić dom. Wierzę, że podjęliśmy słuszną decyzję i że na dobre wejdę w fazę stabilizacji. Najważniejsze, że bez względu na okoliczności, nie straciłam amerykańskiego uśmiechu, optymistycznego podejścia do życia.
Rozmawiała: Kinga Walczyk