Reklama

„Czy kolejki do specjalistów kosztują firmy więcej, niż myślimy?” – rozmowa z Piotrem Sochanem

Zatory w publicznej ochronie zdrowia to od lat dyżurny temat debat. Rzadko jednak mówi się o tym, kto tak naprawdę płaci za niewydolność systemu. Z perspektywy biznesu, wielomiesięczne oczekiwanie pracownika na diagnozę to ukryty podatek obciążający działy HR i budżety firm. O tym, jak projektować usługi zdrowotne, by realnie odciążyć rynek pracy, oraz dlaczego stworzenie bezpiecznej platformy telemedycznej to zadanie dla weteranów branży, rozmawiamy z Piotrem Sochanem. Przedsiębiorcą, który po latach budowania i optymalizowania projektów medycznych stworzył platformę DoktorPlus.pl – rozwiązanie, które ma stanowić dojrzałą odpowiedź na bolączki polskiego e-zdrowia.

Wywiad z Piotrem Sochanem, twórcą platformy DoktorPlus.pl

Redakcja: Panie Piotrze, zacznijmy od twardego zderzenia z rzeczywistością. Pracodawcy często traktują pakiety medyczne jako benefit wizerunkowy, zapominając, co dzieje się, gdy pracownik musi polegać wyłącznie na NFZ. Jakie są realne koszty tych słynnych „kolejek”?

Piotr Sochan: Koszty są gigantyczne i najczęściej ukryte w tabelkach pod hasłem „spadek produktywności”. Według ostatnich analiz NFZ i Fundacji Watch Health Care średni czas oczekiwania na wizytę u lekarza specjalisty w Polsce to około 4,2 miesiąca. Z kolei do endokrynologa w skali kraju pacjenci czekają zwykle 6-8 miesięcy, a do neurologa około 2-3 miesięcy, w zależności od regionu i trybu przyjęcia.

Z punktu widzenia pracodawcy to nie jest sucha statystyka. To oznacza, że w zespole jest człowiek, który przez pół roku funkcjonuje na zwolnionych obrotach. Pacjent w tym czasie nie czeka „na krzesłach w kolejce”. On przychodzi do biura, uczestniczy w spotkaniach, żyje normalnie, ale bez aktualnej decyzji lekarskiej w sprawie leczenia. To oznacza miesiące z nieustabilizowaną farmakoterapią i niepewnością co do dalszej diagnostyki. Taki pracownik jest zdekoncentrowany, szybciej się męczy, a jego motywacja spada. Zjawisko prezenteizmu, czyli obecności w pracy pomimo złego stanu zdrowia, kosztuje gospodarkę wielokrotnie więcej niż same zwolnienia lekarskie.

Przez lata zdobywał Pan doświadczenie, budując i rozwijając projekty na styku medycyny i technologii, takie jak HaloMed czy Psycholink. DoktorPlus.pl wydaje się być projektem docelowym – sumą tych wszystkich rynkowych lekcji. Czego branża nauczyła Pana przez ten czas?

Zdecydowanie traktuję DoktorPlus jako projekt najbardziej dojrzały. Jestem twórcą związanym prywatnie i zawodowo z branżą medyczną od wielu lat. Przerobiłem na własnej skórze ewolucję cyfrowego zdrowia w Polsce. Widziałem zachłyśnięcie się telemedycyną w pandemii i widziałem, gdzie ten system dziś pęka. DoktorPlus nie jest kolejnym start-upem testującym hipotezy. To platforma zbudowana na twardych wnioskach z moich poprzednich realizacji.

Zrozumieliśmy, że ogromna część wizyt w systemie to kontrole, przedłużenie terapii czy interpretacja badań – czyli sytuacje, w których główna praca odbywa się na poziomie wywiadu, dokumentacji i decyzji, a nie badania fizykalnego. I to jest obszar, gdzie telemedycyna może realnie przejąć obciążenie. Zbudowaliśmy DoktorPlus po to, by tę przestrzeń zagospodarować w sposób odpowiedzialny, dając pacjentowi – a pośrednio jego pracodawcy – dostęp do lekarza w kilka dni, a czasem nawet kilkanaście minut od zgłoszenia.

Wspomniał Pan o odpowiedzialności. Niestety, w przestrzeni publicznej telemedycyna bywa sprowadzana do „szybkiej recepty” lub łatwego zwolnienia. Dla wielu działów HR to czerwona flaga. Jak uciekacie od tej łatki?

Największe nieporozumienie polega na tym, że na rynku często odwraca się kolejność. W medycynie zawsze najpierw jest proces diagnostyczny, a dopiero później dokument. Jeśli platforma obiecuje pacjentowi „dokument w 5 minut”, to z punktu widzenia prawa i etyki wchodzi na bardzo niebezpieczny grunt.

W DoktorPlus konsekwentnie używamy sformułowania „konsultacja z możliwością e-recepty”, a nie „zamów receptę online”. Pacjent zaczyna od wypełnienia formularza medycznego, który jest integralną częścią wywiadu. Lekarz analizuje te informacje, może poprosić o doprecyzowanie objawów, wyniki badań czy historię leczenia. Dopiero po tej analizie zapada decyzja lekarska: czy wystawić e-receptę, zmodyfikować terapię, zlecić badania, czy przekierować do wizyty stacjonarnej. E-recepta jest możliwa wyłącznie wtedy, gdy istnieją bezwzględne wskazania medyczne. Pacjent uiszcza opłatę za konsultację, nie za „gwarancję recepty”. Ta różnica w języku potężnie porządkuje odpowiedzialność i oczekiwania.

Z perspektywy biznesowej: każdy inwestor i prezes pyta o skalowalność. Jak jednak skalować biznes medyczny, nie obniżając jakości i nie tworząc medycznej „fabryki”?

To kluczowe pytanie, na którym wyłożyło się wiele med-techów. Odpowiedź brzmi: skalować można proces, a nie medycynę jako taką. Do automatyzacji i skalowania nadają się: formularze medyczne dopasowane do jednostek chorobowych, procedury obiegu informacji, algorytmy kierowania pacjentów do właściwych specjalistów, czy sposób komunikacji przed i po konsultacji.

Nie da się uczciwie skalować indywidualnej decyzji lekarskiej – i nie powinno się tego próbować. Lekarz musi mieć pełną przestrzeń na ocenę przypadku, odmowę wystawienia dokumentu, jeśli nie ma do tego wskazań, i skierowanie pacjenta do innej formy opieki. Telemedycyna to infrastruktura, która porządkuje obieg informacji i przyspiesza kontakt. To właśnie tę architekturę przez lata dopracowywaliśmy, by w DoktorPlus połączyć dynamikę technologii z bezwzględnym bezpieczeństwem procesu leczenia.

Kluczem do tego bezpieczeństwa są specjaliści. Jak wygląda ich weryfikacja w Państwa modelach?

Tutaj nie ma miejsca na kompromisy. Współpracujemy wyłącznie z lekarzami posiadającymi aktywne prawo wykonywania zawodu, skrupulatnie zweryfikowane w oficjalnych rejestrach PWZ oraz w dokumentach potwierdzających ich specjalizacje i doświadczenie kliniczne. To jest warunek brzegowy wejścia do systemu, a nie nasza przewaga konkurencyjna. Artykuły eksperckie, formularze i całe procesy budujemy na pracy z praktykami, a przed wdrożeniem konfrontujemy je z zaprzyjaźnionymi specjalistami. Wszystko po to, by oprogramowanie realnie pomagało w podejmowaniu decyzji, a nie było tylko ładną aplikacją.

W jakim kierunku to wszystko zmierza? Czy z punktu widzenia pracodawcy, NFZ ostatecznie skapituluje przed rynkiem prywatnym?

Pójdziemy w kierunku modeli hybrydowych. Publiczny system pozostanie podstawą, ale rosnąca presja demograficzna i epidemiologiczna będzie go stale testować. Prywatne podmioty, w tym zaawansowane platformy cyfrowe, będą przejmować część opieki tam, gdzie sprawna organizacja i czas są ważniejsze niż fizyczna lokalizacja gabinetu.

Jeżeli chcemy realnie odciążyć NFZ i rynek pracy, telemedycyna musi być komplementarna, a nie konfrontacyjna – powinna obsługiwać sprawy, które można bezpiecznie załatwić zdalnie, i sprawnie odsyłać pacjenta tam, gdzie potrzebne jest badanie fizykalne. Dla pracodawców to jasny sygnał: dostęp do mądrze zaprojektowanej telemedycyny to już nie jest wizerunkowy „gadżet” w ofercie benefitów. To strategiczne narzędzie zarządzania ryzykiem absencji i klucz do utrzymania ciągłości pracy całych zespołów.

Artykuł sponsorowany

Oceń artykuł
0/5 (0)
Ładowanie ofert pracy...