Sadownik z Podkarpacia jednym nagraniem wywołał poruszenie wśród klientów i rolników. Pokazał, że jabłko za 6 zł w markecie kosztuje w skupie 70 groszy. Od tego momentu ruszyła lawina – ludzie zaczęli masowo jeździć na samozbiory, chcąc kupować prosto od źródła. Nie z ciekawości, lecz z przekonania.

„Takie jabłka to dla nas odpady”
Andrzej Urbanek z Korczyny wszedł do marketu, wziął do ręki jabłko i powiedział do kamery: „To dla nas druga kategoria”. W kolejnym ujęciu stał już w sadzie, pokazując owoce większe od pięści – jabłka deserowe, sprzedawane po 4 zł za kilogram, już z kosztami pakowania i wysyłki. Te mniejsze, przemysłowe, trafiają do soków i kosztują 70 groszy. Kontrast był uderzający. Internauci zareagowali błyskawicznie – film z 3 października stał się viralem, a tysiące osób próbowało zamówić owoce bezpośrednio od sadownika. W ciągu kilku godzin zablokowały się serwery jego sklepu internetowego.
Urbanek przyznał później, że chciał tylko pokazać różnicę między ceną u producenta a tą z półki sklepowej. „Chodzi o uczciwość. Cena powinna być adekwatna do jakości” – tłumaczył. Dodał, że nie należy do pokolenia, które narzeka, że „się nie opłaca”. Jego filozofia jest prosta: szukać własnego rynku, a jeśli go nie ma – stworzyć. W ten sposób jego jabłka trafiają do lokalnych delikatesów, a także do klientów indywidualnych w całej Polsce.
Samozbiory – od potrzeby do ruchu społecznego
Po publikacji nagrania w sieci pojawiły się setki ofert samozbiorów. Rolnicy zaczęli zapraszać klientów do swoich gospodarstw, a ci chętnie przyjeżdżają. Jak mówi Mirosław Biedroń z Fundacji Zielona Przystań, każde ogłoszenie spotyka się z ogromnym odzewem. Platforma MyZbieramy.pl, skupiająca takie inicjatywy, odnotowuje rekordową popularność. Część rolników robi to z bezradności, inni z nadzieją na nowy model sprzedaży. – „Ludzie chcą pomóc. Chcą poczuć, że mają wpływ” – mówi Biedroń.
Na polach i w sadach z całej Polski widać teraz ruch, jakiego dawno nie było. W Mogielnicy jabłka deserowe kosztują 2 zł za kilogram, w Kruszynie Krajeńskim cebula po 60 groszy, w Jastkowie papryka po 2 zł. Różnica między ceną u rolnika a tą w markecie potrafi sięgnąć nawet ośmiokrotności.
Nowa ekonomia zaufania
Eksperci nie mają wątpliwości – samozbiory to coś więcej niż sezonowa moda. To powrót do zaufania między producentem a konsumentem, do relacji, w której liczy się pochodzenie i uczciwość, a nie marketing. Jak podkreśla Karol Pajewski z portalu Sad24.pl, młodzi ludzie z miast coraz częściej szukają bezpośredniego kontaktu z rolnikami. Chcą wiedzieć, od kogo kupują i za co płacą.
Ten trend może przekształcić się w trwały ruch społeczny. Pajewski przewiduje, że jeśli uda się go utrzymać, Polska doczeka się renesansu miejskich bazarów i targowisk – miejsc, gdzie handel znowu ma ludzką twarz. A może także twarz rolnika, który nie czeka już, aż ktoś odkupi jego plony, tylko sprzedaje je sam – z dumą i z uśmiechem.
Źródło: wp.pl