Sejm przegłosował nowelizację ustawy, która nie tylko zmienia zasady lokalizacji farm wiatrowych, lecz także wydłuża mechanizm zamrożenia cen energii elektrycznej do końca 2024 roku. Na razie nie wiadomo, czy ustawa wejdzie w życie – decyzja leży po stronie prezydenta. A ten nie ukrywa zastrzeżeń.

Zamrożenie cen energii – decyzja polityczna czy społeczna konieczność?
Zmiany uchwalone przez Sejm mają dwa filary – oba na swój sposób kontrowersyjne. Pierwszy dotyczy energetyki wiatrowej: nowelizacja tzw. ustawy odległościowej znosi zasadę 10H i wyznacza minimalny dystans 500 metrów między turbiną a zabudowaniami. To istotna korekta w dotychczasowej polityce przestrzennej – z jednej strony otwiera drogę do nowych inwestycji, z drugiej wywołuje dyskusje o ingerencji w krajobraz i lokalne społeczności.
Drugi element zmian budzi już nie tyle spory estetyczne, ile finansowe. Sejm wydłużył obowiązywanie zamrożonej ceny prądu na poziomie 500 zł netto za MWh dla gospodarstw domowych – do końca 2024 roku. Dotąd gwarancja ta obowiązywała do końca września. Rząd uzasadnia decyzję nie tylko względami społecznymi, ale też możliwościami budżetowymi – minister klimatu i środowiska Paulina Hennig-Kloska wskazała, że dzięki oszczędnościom rzędu 900 milionów złotych można zabezpieczyć dopłaty na ostatni kwartał roku.
Premier Donald Tusk zapowiedział te zmiany już wcześniej, stawiając na jasny komunikat: państwo musi osłaniać obywateli przed skutkami energetycznego kryzysu, który – jak przypomniano – ma swoje źródła m.in. w uzależnieniu od importowanych paliw kopalnych, w tym rosyjskiego gazu. W narracji rządowej mrożenie cen nie jest celem samym w sobie – to tylko instrument, który ma pomóc Polsce przestawić się na tańszy, bardziej odporny miks energetyczny.
Prezydent mówi wprost: „Nie jestem zwolennikiem wiatraków”
Choć Sejm przyjął nowelizację, a Senat zapewne nie wprowadzi radykalnych zmian, ustawa nie trafi jeszcze do „Dziennika Ustaw”. Przed nią ostatnia przeszkoda – podpis prezydenta. Andrzej Duda, pytany o swoje stanowisko, wypowiedział się z nieczęsto spotykaną otwartością. Zarzucił premierowi próbę wymuszenia podpisu, dodając, że postawienie go w sytuacji wyboru między interesem obywateli a własnym sprzeciwem wobec wiatraków jest politycznym naciskiem.
Prezydent nie ukrywa, że nie popiera lądowej energetyki wiatrowej, twierdząc, że krajobraz ma dla niego większe znaczenie niż ekspansja farm wiatrowych. Odniósł się też do toczącej się debaty podczas Rady Bezpieczeństwa Narodowego, podkreślając, że jego zastrzeżenia są znane i nie wynikają z bieżącego sporu, lecz z długotrwałych przekonań.
Wypowiedź ta zawierała jednocześnie sugestię o jego politycznej niezależności – przypomnienie o zbliżającym się końcu kadencji było być może sygnałem, że decyzje podejmowane w tym czasie nie będą kalkulowane pod kątem kolejnych wyborów. Można by się zastanowić, na ile jest to zapowiedź prezydenckiego weta, a na ile demonstracja stanowczości wobec rządu, który – w oczach głowy państwa – nadużywa legislacyjnej taktyki.
Giełda, taryfy i rzeczywistość – co mówią liczby?
Odrzucając polityczne emocje, warto przyjrzeć się twardym danym. Obecna taryfa dla gospodarstw domowych, czyli grupy G, wynosi 622,8 zł za MWh netto. Oznacza to, że przy zamrożonym limicie 500 zł państwo musi dopłacać różnicę – w skali kraju to wielomiliardowe obciążenie. Jednak dane z Towarowej Giełdy Energii przynoszą pewne zaskoczenie: kontrakty BASE na IV kwartał 2025 roku wyceniane są na poziomie 420–440 zł. To mniej niż obowiązująca stawka taryfowa i – co istotne – mniej niż zamrożony próg.
Trudno więc nie zapytać: czy zamrożenie cen jest dziś nadal konieczne, czy może pełni funkcję stabilizacyjną, zapobiegając ewentualnym skokom rynkowym i podnosząc przewidywalność? Faktem jest, że ponad 10 milionów gospodarstw domowych korzysta z taryf urzędowych, a drugie 6 milionów – z ofert wolnorynkowych. W tym kontekście każde opóźnienie w decyzji prezydenta może wpływać nie tylko na firmy energetyczne, ale też na decyzje podejmowane przez zwykłych odbiorców.
Wydaje się więc, że w tej sprawie nie chodzi wyłącznie o wiatraki czy krajobraz. Gra toczy się o zaufanie – zarówno do instytucji, jak i do przewidywalności polityki energetycznej.
Źródło: businessinsider.com.pl