Dziesięć złotych za pączka – brzmi jak prowokacja, ale to kwota, którą cukiernicy uznają za w pełni uzasadnioną. Wypowiedź Janusza Profusa, prezesa Stowarzyszenia Cukierników, Karmelarzy i Lodziarzy, rzuca nieco światła na kulisy wielkiego smażenia – od kosztów, przez jakość, aż po presję tłustoczwartkowego szczytu.

Tłusty czwartek – święto pączka i wyzwań produkcyjnych
Cukiernie osiągają w ten dzień nawet 30-krotność zwykłych obrotów, ale za kulisami dzieje się znacznie więcej niż tylko smażenie. Przygotowania, przezbrojenie zakładów, pełne zaangażowanie zespołu i późniejszy powrót do codziennej rutyny zajmują blisko tydzień. Mimo że święto kojarzy się z zyskiem, wielu cukierników wolałoby, aby popyt rozłożył się równomiernie. W pośpiechu łatwo o kompromisy – skraca się czas garowania, oszczędza na wymianie tłuszczu, a świeżo usmażone pączki lądują w opakowaniach zbyt wcześnie.
Co odróżnia pączka luksusowego od przeciętnego?
Odpowiedź – skład. Do kilograma mąki najlepsi mistrzowie dodają nawet 40 żółtek, ćwierć kilo masła i odrobinę spirytusu zamiast taniego octu. Taki pączek nie chłonie tłuszczu i zachwyca puszystością. Wysokiej jakości wypiek powinien być smażony na świeżym smalcu, nadziewany jeszcze przed smażeniem i mieć delikatną białą obwódkę. Profus, zwolennik klasyki, podkreśla, że prawdziwe różane nadzienie tworzy się z płatków i cytryny, a nie z aromatów z tubki.
Moda, wariacje i nostalgia
W ofercie pojawiają się pączki z pistacjami, adwokatem czy nawet matchą – japońską herbatą, która zyskała poklask młodszych konsumentów. Ale sentyment cukierników pozostaje niezmienny – różany środek i lukier z pomarańczową skórką to dla wielu ideał. A skoro pączek potrafi wzbudzić aż tyle emocji, może warto dać mu szansę nie tylko od święta?
Źródło: money.pl