Pięć tygodni – dokładnie tyle wywalczyła Ursula von der Leyen w rozmowie z Donaldem Trumpem. Nie chodziło o symboliczny gest, lecz o czas potrzebny, by uniknąć wojny handlowej tuż przed szczytem NATO w Hadze. Gra toczy się o więcej niż kukurydzę i cła na whiskey. Stawką jest przyszłość euroatlantyckiego bezpieczeństwa.

Sojusz handlu i obrony
Bruksela i Waszyngton prowadzą negocjacje na dwóch zupełnie różnych frontach – i właśnie dlatego muszą mówić jednym głosem. Unia Europejska nie odpowiedziała cłami na kwietniowy atak celny ze strony Trumpa, choć inne państwa, jak Chiny czy Kanada, zrobiły to bez wahania. Zamiast odwetu – ostrożność i kalkulacja. Taktyka przyniosła skutek: 90-dniowe zawieszenie taryf, które teoretycznie miały wygasnąć 9 lipca, pozwoliło na chwilę wytchnienia. Ale w amerykańskiej polityce cierpliwość jest towarem deficytowym – zwłaszcza w przypadku Trumpa. W zeszłym tygodniu prezydent USA zagroził podniesieniem ceł do 50 proc. już od 1 czerwca.
Von der Leyen zadzwoniła do Trumpa osobiście – to wydarzenie samo w sobie symboliczne. Amerykański lider od lat woli kontakt z rządami poszczególnych państw członkowskich niż z Komisją Europejską. Tym razem jednak ugiął się pod naciskiem – być może nie tyle samej rozmówczyni, co politycznej kalkulacji. Nadchodzące wybory w USA mogą pozbawić Republikanów większości w Kongresie, a eskalacja napięć z Unią to ryzyko, które może odbić się na notowaniach gospodarki. A zatem: tymczasowe zawieszenie broni. Na razie.
Szczyt NATO jako karta przetargowa
Europejczycy nie chcą otwartego konfliktu z USA na kilka tygodni przed szczytem NATO. Spotkanie zaplanowane na 24–25 czerwca w Hadze ma być demonstracją jedności, nie pola bitwy dyplomatycznej. Dlatego Bruksela nie odpaliła jeszcze przygotowanego zestawu ceł odwetowych – choć ma je gotowe. Pakiet „soft” obejmuje import o wartości 21 mld dolarów rocznie – od zboża po odzież. Wersja „hard” to 95 mld, w tym samoloty i samochody. To broń gotowa do użycia, ale schowana do szuflady – przynajmniej do lipca.
Szczyt został zaprojektowany tak, by nie prowokować – pierwszy dzień ograniczony będzie do kolacji, drugi do kilku godzin rozmów. Deklaracja o zwiększeniu wydatków na obronność do 5 proc. PKB do 2032 roku została już dogadana na poziomie ministrów. Wrażliwym punktem pozostaje Ukraina. Europejczycy chcą uniknąć kolejnego rozdźwięku z Trumpem, dlatego zrezygnowano z posiedzenia Rady NATO–Ukraina, a Wołodymyr Zełenski nie pojawi się na oficjalnej kolacji. Symbolika silniejsza niż słowa.
Przejściowy parasol i długi cień Ameryki
Jednym z najbardziej drażliwych tematów pozostaje amerykańska obecność wojskowa w Europie. Pentagon wkrótce ogłosi wyniki przeglądu rozmieszczenia 84 tys. żołnierzy stacjonujących na Starym Kontynencie. Redukcja, zwłaszcza na wschodniej flance NATO, wydaje się coraz bardziej prawdopodobna. Europejczycy liczą, że Stany Zjednoczone pozostaną w sojuszu, utrzymają atomowy parasol ochronny – ale oczekują też, że Europa zacznie brać na siebie większą odpowiedzialność za konwencjonalną obronę.
Bruksela wie, że potrzebuje na to czasu – około pięciu lat. To właśnie ten okres przejściowy ma największą wartość. Nie chodzi o to, by z dnia na dzień uniezależnić się od USA, ale by nie zostać bezbronnie wystawionym na rosyjskie prowokacje. Ta sama logika dotyczy Ukrainy. Choć Trump nie uruchomił nowego pakietu pomocy, nie zablokował też realizacji kontraktów przyjętych za Bidena. Przekaz wywiadowczy trwa, Starlink nadal działa.
Tyle że pewne rzeczy są nie do zastąpienia z dnia na dzień. Systemy Patriot czy inne elementy obrony przeciwlotniczej mogą przesądzić o przetrwaniu Kijowa w razie ataku balistycznego. Dziś tylko 30 proc. ukraińskiego uzbrojenia pochodzi z USA – ale to właśnie ta jedna trzecia decyduje o żywotności frontu.
I tu nie sposób uciec od pytania: czy Europa zdąży, zanim Trump naprawdę się wycofa?
Źródło: rp.pl