Reklama

Głośny upadek firmy, którą promowali celebryci. Co poszło nie tak?

Miała zrewolucjonizować rynek testów genetycznych, zgarnęła miliardy dolarów finansowania i zyskała poparcie gwiazd. A jednak skończyła w sądzie upadłościowym. Historia 23andMe to coś więcej niż tylko spektakularna porażka – to znak czasu i ostrzeżenie dla całej branży technologicznej.

upadek-firmy-sprzedającej-dna
Źródło zdjęcia: pixabay.com

Od genetycznej rewolucji do finansowej przepaści

23andMe miała wszystko, czego potrzeba, by odnieść sukces. Firma oferowała testy DNA do użytku domowego, które pozwalały użytkownikom poznać swoje pochodzenie etniczne, skłonności zdrowotne czy nawet dopasowanie genetyczne do partnera. Pomysł prosty, ale genialny – w teorii. W praktyce przekonał inwestorów, którzy wpompowali w startup miliardy dolarów. W szczytowym momencie wycena spółki sięgnęła 6 mld dolarów.

Za firmą stała Anne Wojcicki – nie tylko była żona współzałożyciela Google, ale przede wszystkim kobieta z wizją i solidnym zapleczem naukowym. Jej nazwisko, wsparte marketingiem z udziałem celebrytów, zadziałało jak magnes. W projekt zaangażowali się między innymi Orlando Bloom czy Robert Downey Jr., promując ideę świadomego zarządzania swoim zdrowiem dzięki analizie genotypu.

Debiut giełdowy w 2021 roku wydawał się formalnością. 23andMe weszło na Nasdaq przez fuzję ze spółką SPAC, co pozwoliło na szybkie pozyskanie kapitału – i tu właśnie zaczyna się historia problemów. Bo choć firma miała środki i rozpoznawalność, zaczęło brakować jednego: wiarygodnego modelu biznesowego.

Nadzieje na zysk, czyli jak nie zarabiać na danych genetycznych

Z punktu widzenia inwestora 23andMe miała jeden potężny atut – gigantyczną bazę danych genetycznych klientów, która mogła posłużyć do badań medycznych, a w dłuższej perspektywie – do tworzenia leków. To zresztą właśnie z tym segmentem firma wiązała swoją przyszłość. Partnerstwo z GlaxoSmithKline i zapowiedzi prac nad nowatorskimi terapiami miały otworzyć zupełnie nowy rozdział.

Jednak droga od bazy danych do zatwierdzonego leku jest długa, kosztowna i pełna pułapek. Zamiast stabilnych przychodów, firma generowała rosnące straty. A rynek, który chwilę wcześniej kupował każdą obietnicę jak świeże bułeczki, zaczął się wycofywać. Technologiczna hossa ustąpiła miejsca trzeźwej ocenie wartości.

Na to nałożyły się też kwestie związane z prywatnością. Czy naprawdę chcemy, by korporacja miała dostęp do naszego DNA? Jak długo dane genetyczne są przechowywane? Komu mogą być udostępniane? Te pytania przestawały być teoretyczne, zwłaszcza gdy w 2023 roku doszło do wycieku danych kilkudziesięciu tysięcy użytkowników. Zaufanie – tak kluczowe w branży medycznej – zaczęło się kruszyć.

Kiedy hype to za mało – lekcja dla całego rynku

W lutym 2024 roku 23andMe zostało wycofane z giełdy. Chwilę później spółka złożyła wniosek o upadłość. I choć działalność operacyjna ma być kontynuowana, trudno mówić o sukcesie – to raczej próba ratowania tego, co zostało.

W całej historii najbardziej uderzające jest to, jak bardzo iluzja nieograniczonego wzrostu przysłoniła rzeczywistość. Wycena rzędu miliardów dolarów nie oznacza jeszcze, że firma zarabia. Promowanie idei zdrowia przez celebrytów nie wystarczy, jeśli nie ma za tym realnej wartości biznesowej. A dane genetyczne, choć fascynujące, wciąż pozostają trudnym i etycznie skomplikowanym produktem.

Można oczywiście zadać pytanie: jak to możliwe, że nikt wcześniej nie przewidział upadku? Czy naprawdę nikt nie zauważył, że firma zjada własny ogon, finansując się z obietnic zamiast wyników? A może po prostu wszyscy – od inwestorów po użytkowników – chcieli wierzyć, że oto przyszłość nadeszła wcześniej, niż sądziliśmy?

Dziś po 23andMe zostaje nie tylko rozczarowanie, ale i ważna lekcja. Technologia to za mało. Nawet jeśli mierzy poziom cholesterolu, wykrywa mutacje genów czy obiecuje lepsze życie.

Źródło: rp.pl

Oceń artykuł
0/5 (0)
Ładowanie ofert pracy...