Reklama

Kim jest Cichy Bohater? Rozmowa z Paulą Barańską

Każdego dnia dbają, pomagają i wspierają innych, nie oczekując niczego w zamian. Za swoją pracę nie otrzymują wynagrodzenia, nie biorą urlopów i nie skarżą się na przeciwności. Dają z siebie to, co najcenniejsze – ogromne zaangażowanie. To cisi bohaterowie, których często nie dostrzegamy, a którzy zasługują na bycie docenionymi. Z myślą o nich powstał plebiscyt „Niewidzialni”. O pomaganiu, codziennych wyzwaniach i łączeniu pracy zawodowej z wolontariatem rozmawiamy z Paulą Barańską, która została wyróżniona tytułem Cichego Bohatera.

Paula Barańska

Jakie to uczucie, zostać Cichym Bohaterem?

Moim zdaniem to ogromne wyróżnienie. Kiedy dowiedziałam się, że to ja zostałam wybrana na zwyciężczynię plebiscytu, byłam bardzo zaskoczona. Oczywiście było mi miło, ale towarzyszyło mi przede wszystkim wielkie zaskoczenie. Cieszę się, że zostałam doceniona. To ważne, że ludzie dostrzegają działalność wolontariuszy.

Jak trafiła Pani, w roli wolontariusza, do Domu Samotnej Matki?

To była moja pierwsza, i jedyna dotąd, praca wolontariacka, która trwa do dziś. Jeszcze w liceum, w pierwszej lub drugiej klasie, podczas zajęć ksiądz katecheta zapytał nas, czy któraś z dziewcząt nie chciałaby zacząć pomagać w Domu Samotnej Matki – chodziło o zajmowanie się dziećmi i pomoc ich mamom. Od zawsze lubię dzieci, więc oczywiście zgłosiłam się i moja działalność w ośrodku trwa do teraz, czyli już osiem lat.

Osiem lat to stosunkowo długo. Czy Pani rola, jako wolontariuszki, zmieniła się z biegiem czasu?

Na początku moja praca polegała na spędzaniu z dziećmi czasu na świetlicy. Starałam się też odciążać mamy przebywające w ośrodku, jeśli tego potrzebowały. Przychodziłam wtedy dwa-trzy razy w tygodniu do DSM-u, żeby pobawić się z dziećmi, zająć się nimi, zorganizować im czas. Później, już w czasie studiów, zaczęłam prowadzić zajęcia logopedyczne w ośrodku, żeby pomóc dzieciom. Uznałam, że skoro studiuję logopedię, to mogę wykorzystać swoją wiedzę, co również do dziś robię w czasie wolontariatu. Aktualnie, odwiedzając ośrodek, prowadzę zajęcia logopedyczne, lub po prostu zajmuję się dziećmi tak, jak robiłam to na samym początku współpracy z DSM-em.

Co zadecydowało o tym, że została Pani w DSM-ie na dłużej?

Od zawsze chciałam pracować z dziećmi, więc to miejsce było dla mnie idealne. Myślę, że trudno byłoby mi teraz zrezygnować z tej działalności. Ośrodek jest dla mnie poniekąd jak drugi dom. Kiedy tam przychodzę, czuję się jak u siebie. Ze wszystkimi mogę porozmawiać, mieszkające tam mamy mogą mi się zwierzyć, a atmosfera panująca w ośrodku jest naprawdę świetna.

Takie bliskie relacje nawiązywane z osobami, które nierzadko mają za sobą poważne przejścia, muszą być wyczerpujące emocjonalnie.

To jedno z największych wyzwań w tej pracy. Właściwie większość wyzwań, z jakimi mierzę się w ośrodku, ma charakter emocjonalny. Z jednej strony, mogę pomagać dzieciom, obserwować ich postępy i rozwój – to bardzo budujące. Z drugiej strony jednak, stykam się z bardzo trudnymi przeżyciami, bólem, różnymi doświadczeniami. Na pewno jest to w jakiś sposób obciążające.

W jaki sposób radzi sobie Pani z takimi wyzwaniami?

Teraz już coraz lepiej mi to wychodzi. Nauczyłam się rozgraniczać swoją pracę w ośrodku i życie prywatne. Osoby z DSM-u mogą mi się zwierzyć, a ja zawsze staram się je zrozumieć i wesprzeć jak tylko mogę, jednak nie da się pomóc każdemu. Kiedy jestem w ośrodku, wtedy staram się być maksymalnie dostępna, ale po wyjściu – dbam o siebie i swoje życie, które mam poza DSM-em. To bardzo ważne, żeby zadbać o swoją psychikę i zdrowie emocjonalne.

Wspominała Pani o pracy z dziećmi, ale jestem ciekawa relacji, jakie buduje Pani z kobietami mieszkającymi w ośrodku. One również, w wielu przypadkach, mają za sobą trudne momenty. Czy fakt, że sama jest Pani kobietą, pomaga lepiej zrozumieć mamy mieszkające w DSM-ie?

Trudno mi określić, czy ma to bezpośrednie przełożenie na nasze relacje, ale faktycznie może być tak, że mamom z ośrodka łatwiej jest się otworzyć przed drugą kobietą. Staram się otaczać je opieką i wsparciem, co bywa emocjonalnie wyczerpujące, ale też mogę sama czerpać od tych osób. Świadomość, że mogę być dla kogoś oparciem daje mi siłę. Wiem, że mogą mi zaufać, i że nie spotkają się z żadną krytyką czy oceną z mojej strony. Myślę, że to daje im poczucie bezpieczeństwa. Doradzam, kiedy mogę, zawsze cierpliwie wysłucham – tyle mogę od siebie dać. 

Od zawsze czuła Pani potrzebę niesienia pomocy?

Nie potrafię wskazać żadnego momentu, który byłby dla mnie przełomowy w tej kwestii, i w którym zdałam sobie sprawę, że chcę działać jako wolontariusz. Na pewno od zawsze byłam bardzo empatyczna i pewnie to spowodowało, że ostatecznie zaczęłam pomagać w DSM-ie.

Dostrzega Pani w tej pracy więcej plusów czy minusów?

Zdecydowanie więcej plusów!

Co daje Pani najwięcej satysfakcji?

Mam szansę obserwować, jak osoby po trudnych doświadczeniach jeszcze raz stają na nogi, jak robią postępy, jak się rozwijają. Widzę, jak mamy stają się bardziej samodzielne, a dzieci mają szansę na rozwój – to najbardziej pozytywny aspekt mojej pracy w DSM-ie.

A co określiłaby Pani jako negatywne, najtrudniejsze?

Obciążenie emocjonalne i bezradność w niektórych przypadkach. Zdarza się, że chciałabym komuś pomóc, ale zwyczajnie nie mam takiej magicznej mocy.

Jakie to momenty?

Musiałabym wchodzić w zbyt duże szczegóły, ale to głównie chwile, kiedy chciałabym pomóc, ale ktoś już nie chce tej pomocy.

Jak Pani rodzina reaguje na to, że poświęca Pani tak dużo czasu i zaangażowania mieszkańcom ośrodka?

Kiedy mieszkałam w domu rodzinnym, to wszyscy domownicy wiedzieli, że pomaganie to moja pasja i praca. Moja siostra była nawet kilka razy ze mną w DSM-ie. Aktualnie mój narzeczony również czasem pomaga w ośrodku, zajmuje się dziećmi, gdy jest taka potrzeba. Myślę, że to stało się dla nas naturalne i mogę uznać, że mam ogromne wsparcie ze strony bliskich osób. Rodzina i znajomi pomagają, jak mogą.

Nie zdarza się, że wolontariat odbywa się niekiedy kosztem Pani prywatnego życia?

Mam problem z zachowaniem balansu, ale nie nadużywam swojego prywatnego czasu przesadnie.

Dlaczego tak trudno zachować ten balans?

Chciałabym być wszędzie, w każdym momencie i dla wszystkich. Brakuje mi czasu.

Jednak skutecznie żongluje Pani zadaniami i czasem, żeby to pogodzić.

Kiedy odwiedzałam ośrodek jeszcze chodząc do liceum, było mi łatwiej. Mogłam spędzać w DSM-ie tyle czasu, ile chciałam. Dziś, kiedy żyję już dorosłym życiem, pracuję w dwóch miejscach, a do tego działam w ośrodku, muszę się bardzo starać, żeby wystarczyło mi przestrzeni na wszystko.

Zna Pani pracę DSM-u od wewnątrz, podobnie jak potrzeby mieszkańców ośrodka. Czego, według Pani, potrzebują najbardziej?

Myślę, że najbardziej potrzebują wsparcia psychologicznego i poradnictwa. Może się wydawać, że najważniejsze jest pomoc materialna i rzeczywiście ma ona ogromne znaczenie, ale główną potrzebą jest wsparcie i porada. Bycie obok liczy się najbardziej.

Każdy mógłby się odnaleźć w takiej pracy wolontariusza?

Nie. Myślę, że nie każdy mógłby wziąć taki ciężar emocjonalny na swoje barki. Dodatkowo mam wrażenie, że nie każda osoba byłaby w stanie zrozumieć kobiety mieszkające w ośrodku, postawić się na ich miejscu czy, mówiąc kolokwialnie, wejść w ich buty. To, co nam wydaje się łatwe, dla mieszkanek ośrodka może być szczytem możliwości. Czasem nic nie jest takie, jak się na pierwszy rzut oka wydaje. Umiejętność postawienia się na czyimś miejscu jest bardzo ważna w tej pracy, podobnie jak akceptowanie innych takimi, jacy są.

Planuje Pani nadal współpracować z DSM-em?

Nie wyobrażam sobie, żeby mogło mnie nie być w ośrodku. Niedawno jedna z sióstr zakonnych, prowadzących DSM, stwierdziła, że kiedy urodzę swoje dziecko, to nie znajdę już czasu na wizyty w ośrodku. Odpowiedziałam, że przeciwnie – zamierzam przyjeżdżać do ośrodka również wtedy, kiedy sama będę mamą. Póki co nie wyobrażam sobie zakończenia tej współpracy. To już część mnie. Ośrodek to nie tylko dzieci i ich mamy, ale też siostry zakonne, które są dla mnie ogromnym wsparciem.

Chciałaby Pani rozszerzyć swoją działalność wolontariacką na inne ośrodki?

Chciałam współpracować z ośrodkiem preadopcyjnym. Przemyślałam to jednak dobrze i uznałam, że psychicznie to byłoby dla mnie zbyt duże obciążenie. Trudno byłoby też to pogodzić czasowo, ale przede wszystkim mogłabym nie udźwignąć tego emocjonalnie.

Gdyby mogła Pani stworzyć swój wymarzony scenariusz, w którym ma Pani czas na wszystko – jak by to wyglądało?

Myślę, że moja praca skupiałaby się przede wszystkim na maluchach, bo to jest to, czym zawsze docelowo chciałam się zajmować. Jednocześnie, gdybym miała dość czasu, byłabym kilka razy w tygodniu w ośrodku – mogłabym spokojnie prowadzić logopedię, wszystkimi się zająć, z każdym porozmawiać. Na końcu miałabym też czas na pracę zawodową.

Dla bliskich również jest Pani tą osobą, która zawsze wspiera dobrą radą i pomaga w każdej sytuacji?

Staram się nią być. Mam nadzieję, że jestem dla nich tak samo wspierająca, jak dla innych.

Skąd wybór logopedii jako kierunku studiów? Można odnieść wrażenie, że psychologia sprawdziłaby się w Pani przypadku równie dobrze.

Głównym motywem, który stał za wyborem logopedii, była chęć pracy z dziećmi. Chcę specjalizować się we wczesnej terapii logopedycznej – aby móc pomagać najmłodszym dzieciom.

To bardzo wymagające zadanie. Rozumiem, że lubi Pani wyzwania?

Myślę, że dla każdego co innego jest wyzwaniem. Wiem, że w takiej roli będę się czuła najlepiej, i mam szansę na zawodowe spełnienie.

Dotyka Pani trudnych tematów, które ludzie często starają się omijać.

Dla mnie to bardzo naturalne. Jeśli mogę pomóc lub zrobić coś wartościowego dla innych, to po prostu działam. Traktuję to jako naturalną część mojego życia, a nie jak wyzwanie. Od dziecka byłam wrażliwa na los innych ludzi. Teraz uczę się, że nie każdemu można pomóc.

Czego nauczyła się Pani podczas współpracy z ośrodkiem?

Nauczyłam się bardzo wielu rzeczy. Najważniejszą z nich jest zasada, żeby nie oceniać innych ludzi, dopóki nie postawimy się w ich sytuacji. Nigdy nie wiemy, co dany człowiek przeżywa, jakie motywacje nim kierują, co stoi za jego zachowaniem. Czasem mamy ochotę kogoś krytykować, ale nie warto tego robić, jeśli nie wiemy, przez co druga osoba przechodzi. Nauczyłam się też większej wrażliwości i empatii. Stałam się też bardziej elastyczna. Łatwiej mi zmieniać plany.

Z czego to wynika? Jest Pani w pewnym sensie superbohaterem, który rusza na pomoc, kiedy inni jej potrzebują.

Pomagam innym między innymi dlatego, że wiem, że nie mają tego, co mam ja. Dla mnie drobna zmiana planów nie będzie kłopotem, a może uratować kogoś w trudnej sytuacji.

Docenia Pani to, co ma?

Tak, bardzo. Staram się cieszyć nawet z drobnych rzeczy. Myślę, że żyjemy w takim biegu, który nie pozwala nam dostrzegać fajnych, miłych momentów. Nie umiemy się zatrzymać. A szkoda, bo warto doceniać drobiazgi.

Skąd czerpie Pani energię do działania?

Wspomniałam, że wspiera mnie rodzina. Teraz myślę, że ogromnym wsparciem są dla mnie siostry pracujące w ośrodku. Mogę na nie liczyć w każdej sytuacji, stworzyły dla mnie drugi dom w DSM-ie. Współpraca z nimi jest wspaniała. 

A odpoczynek? W jaki sposób regeneruje Pani siły?

Spędzam czas z bliskimi. Dużo też czytam i spaceruję. Spacery fantastycznie pomagają oczyścić umysł. Pozwalają mi odciążyć głowę, nie tylko z emocji towarzyszących mojej pracy w ośrodku, ale również innych sytuacji z codziennego życia. Muszę też pamiętać, że nie zawsze każdemu uda się pomóc, i nie na wszystko mogę mieć wpływ.


Rozmawiała: Marta Piętak

Oceń artykuł
2.5/5 (4)
Ładowanie ofert pracy...