Życie pisze różne scenariusze a nasze plany zawodowe i prywatne mogą ulec diametralnej zmianie. To samo dotyczy zdobytego w młodości wykształcenia, które nie zawsze przekłada się na praktykowany zawód. Warto jednak pamiętać o tym, że na rozwijanie kariery nigdy nie jest za późno, nawet jeśli wcześniej skupiało się na innych wartościach. Determinacja, wewnętrzna siła, optymizm oraz wiara w siebie i we własne umiejętności to najlepsza droga do szeroko rozumianego sukcesu. O trudach samodzielnego macierzyństwa, roli sportu w naszym życiu, zawodowej drodze, a także o tym, jak ważna jest wielozadaniowość i umiejętna organizacja czasu, opowiada nam Izabela Turowicz, EB Reviews Advisor w GoWork.pl.

Masz dość nietypowe wykształcenie, a przynajmniej rzadko spotykane w naszej branży.
Ukończyłam Akademię Morską w Gdyni z nadzieją zostania oficerem floty handlowej. Los chciał jednak, że zamiast nad morzem mieszkam w Przemyślu a moja kariera zawodowa potoczyła się w kierunku obsługi klientów – w GoWork-u pracuję na stanowisku Doradcy Klienta.
Czy pochodzisz znad morza?
Pochodzę z Przemyśla, więc zupełnie nie po drodze do Gdyni, w której mieszkałam w trakcie studiów i przez pewien czas po zakończeniu edukacji.
Skąd wybór tak nietypowych studiów?
Mój tata jest emerytowanym wojskowym, więc mundur towarzyszył mi od zawsze i czułam pewnego rodzaju pociąg do tego typu pracy. Poza tym mam dwie młodsze siostry, więc to ja byłam jak ten syn, którego tata nigdy nie miał. Mam tutaj na myśli wspólne oglądanie meczy i innych dziedzin sportu, czy rozwiązywanie trudnych zadań z matematyki. Być może to wszystko wpłynęło na kumulację we mnie męskiej energii, którą charakteryzują: dynamizm w działaniu, decyzyjność, konkretne i szybkie działanie, temperamentność oraz wewnętrzna siła.

A dlaczego akurat Akademia Morska?
Mój stryjek ukończył tę Akademię, co z pewnością było inspiracją. Podziwiałam jego styl życia, pracę, ciągłe podróże. Do dzisiaj mam w głowie pamiątki z jego wypraw, typu figurki pochodzące z afrykańskich plemion. Gdy zapytałam go kiedyś o to, które części świata zwiedził, stwierdził, że był już wszędzie oprócz Australii. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie, dlatego również chciałam tak żyć. Miałam świadomość, że wybór studiów na Akademii Morskiej otworzy mi okno na świat, dzięki czemu będę mogła eksplorować go – tak jak mój stryjek.
Jak wyglądały Twoje podróże z Przemyśla do Gdyni?
Była to nie lada przeprawa, bo czas jazdy pociągu wynosił od 15 do 24 godzin. Nie utrudniło mi to jednak realizacji celu, ponieważ ukończyłam studia inżynierskie oraz odbyłam praktyki. Jednymi z praktyk były rejsy na Darze Młodzieży, co wspominam jako bardzo piękną, wartościową przygodę. Praktyki obejmowały także rejsy promem do Szwecji oraz kontrakt na kontenerowcu, którym pływaliśmy z Europy do Indii. Do dzisiaj uśmiecham się na samą myśl o tych przeżyciach. Jednak z perspektywy czasu uważam, że to nie jest dobra praca dla kobiety takiej jak ja, czyli pochodzącej z południowo-wschodniej Polski, wychowanej w duchu tradycyjnej rodziny, gdzie od zawsze moim celem było posiadanie męża i dzieci. Praca marynarza polega na kilkumiesięcznych kontraktach, co oznaczałoby zbyt długą, cykliczną rozłąkę z rodziną.
Rozumiem, że postawiłaś na rodzinę?
Krótko po studiach poznałam mojego męża, zaszłam w ciążę i tym samym zakończyłam moją krótką historię z pływaniem. Właściwie traktuję to jako przygodę, ponieważ tak naprawdę nie zdążyłam nawet popracować w tym zawodzie.
Czy masz w sobie niedosyt?
Uważam, że ta przygoda skończyła się za szybko, że mogłam jeszcze dokompletować wspomnienia związane z pracą marynarza. Zdążyłam doświadczyć tego, co w tej pracy najciekawsze, jak chociażby rejs w rejony piratów. Wszyscy studenci o tym mówią, zastawiają się, jak to wygląda w praktyce i większość chciałaby mieć taką sposobność. Zresztą sam fakt przygotowania statku do takiego rejsu jest niezwykłym doświadczeniem. Nawet, gdy teraz pytasz o te wspomnienia, mam trudność z odtworzeniem wszystkiego, ponieważ nie dość, że był to epizod, to w dodatku jakieś 10 lat temu. Z tej racji traktuję to bardziej jako przygodę życia, nie doświadczenie zawodowe.

Kiedy nastąpiła decyzja o powrocie w rodzinne strony, do Przemyśla?
Po studiach nadal mieszkałam w Gdyni, z tym że już z mężem i synkiem. Mój mąż był (i nadal jest) marynarzem, więc wyjeżdżał na trzy-cztery miesiące, przez co zostawałam sama z małym dzieckiem. Mimo, że był to fajny czas, to jednak nie miałam na miejscu rodziny, a tym samym nie bardzo mogłam liczyć na czyjąś pomoc. Gdy zaszłam w drugą ciążę, stwierdziłam że musimy przeprowadzić się do Przemyśla, ponieważ częściowo samodzielne macierzyństwo byłoby sporym obciążeniem. Dałabym radę, jednak cena byłaby zbyt wysoka. Nie da się ukryć, że rodzicielstwo jest bardzo wymagające i bywają momenty, że jest się skrajnie wyczerpanym.
Wróciliście do Przemyśla i…
Wróciliśmy i po jakimś czasie zaszłam w trzecią ciążę, a gdy najmłodsza córka miała rok mąż poprosił mnie o rozwód. Ostatnie trzy lata nie należą do najłatwiejszych, ale wolałabym nie wchodzić w szczegóły. Dodam tylko tyle, że jest to właściwie materiał na książkę.
Czyli od ukończenia studiów przez wiele lat skupiłaś się na prowadzeniu domu, wychowaniu dzieci?
Z tej racji, że mój mąż wyjeżdżał, znikał, na kilkumiesięczne kontrakty nie miałam właściwie wyjścia. Dzieci były małe, a tym samym bardzo wymagające. Nawet gdy mąż wracał na trzy miesiące to jednak z jego strony była to tylko doraźna pomoc w domowych, rodzicielskich obowiązkach. Miałam takie momenty, że rano odwoziłam najstarsze dziecko do przedszkola, to młodsze do żłobka, a najmłodsze towarzyszyło mi cały czas i przemieszczałam się z nim dosłownie wszędzie, korzystając z nosidełka. Byłam wtedy bardzo szczupła, ponieważ opieka nad trójką dzieci, w tym noszenie wszędzie bobasa, było pewnego rodzaju treningiem, ułatwiającym spalanie kalorii. Dawałam jednak radę, a co więcej, zaczęłam dostrzegać przestrzeń na aktywność zawodową. Już w trzeciej ciąży towarzyszyły mi przemyślenia odnośnie mojej przyszłości, podjęcia jakiejś pracy. Miałam ogromny kompleks związany z brakiem rozwoju. Obserwowałam koleżanki, kolegów, męża, którzy prężnie rozwijali swoje kariery zawodowe, obejmowali kluczowe stanowiska, a ja miałam tylko dyplom ukończenia studiów i wieloletnią lukę zawodową.
Czy miałaś poczucie, że coś Ci ucieka?
Nachodziły mnie myśli, że marnuję swój potencjał. Stan faktyczny zderzałam z moimi wcześniejszymi marzeniami, planami i to przynosiło mi poczucie straty, przegranej. Odczuwałam też pewnego rodzaju wstyd. Nie mogłam sobie poradzić z poczuciem straty, dlatego też musiałam sięgnąć po pomoc psychologa, który pomógł mi jakoś to sobie poukładać, zrozumieć, przetłumaczyć.
A jak teraz interpretujesz te odczucia?
Przepracowałam to i wiem, że wychowanie dzieci, prowadzenie domu, kosztem kariery zawodowej, to nic złego i że taka była moja rola w tamtym momencie. Właściwie dzięki temu, że przez kilka lat skupiałam się wyłącznie na macierzyństwie, te najtrudniejsze, najbardziej wymagające momenty, mam już za sobą i mogę bardziej skupić się na sobie, na pracy. Natomiast kobiety, które dotychczas nie zostały matkami, a mają taki zamiar, będą musiały przerwać na jakiś czas zawodowy rozwój. Każdą z nas czeka to wcześniej lub później, oczywiście w różnych zakresach, ale jednak jeżeli chcemy mieć dzieci, nie unikniemy, poświęcenia się w pełni macierzyństwu, przynajmniej przez pierwszy rok życia dziecka, a nieraz dłużej, bo każda z nas inaczej reaguje na ciążę.
Kiedy nastąpił przełom i postanowiłaś, że chcesz podjąć pracę?
Przełomowym momentem, nie tylko dla mnie, ale i dla wielu ludzi, była pandemia. Mąż poinformował mnie wtedy, że chciałby rozwodu. Uświadomiłam sobie wtedy, że moja sytuacja nie jest zbyt kolorowa. Dotychczas żyliśmy na satysfakcjonującym poziomie, bo wynagrodzenie męża było zupełnie wystarczające. Mieliśmy taki układ, że mąż zarabia, ja zajmuję się domem i dziećmi. Jednak wiadomo, jak to bywa po rozwodzie – kobieta która była zależna finansowo od męża zostaje z alimentami, które w przypadku jedynego źródła dochodu, raczej nie wystarczą na wygodne życie, takie jak dotychczas się wiodło a są jedynie zabezpieczeniem podstawowych potrzeb dzieci. Chcąc zachować standard życia, musiałam zacząć zarabiać własne pieniądze, co też zrobiłam.
Jaka to była praca?
Mój znajomy, który prowadzi serwis opon, poszukiwał kogoś do pomocy administracyjnej, obsługi klienta, stwierdziłam więc, że warto spróbować. Następnie inny znajomy, który z powodzeniem prowadził swój biznes założył kolejną markę, gdzie byłam odpowiedzialna za pozyskiwanie i obsługę klientów, tworzenie oferty, właściwie zadania typowe dla New Business Managera. Generalnie była to bardzo fajna praca, jednak z przyczyn związanych z rozwodem, moja sytuacja finansowa nagle pogorszyła się, zwiększyły się nasze koszty utrzymania, dlatego pilnie potrzebowałam znaleźć lepiej płatną pracę. To był maj 2022 roku. Pamiętam, że przesłałam wtedy CV do kilku większych firm i zostałam zaproszona na rozmowę w GoWork-u. Dotarłam do drugiego etapu, czyli rozmowy z dwiema managerkami. Bardzo dobrze nam się rozmawiało, dziewczynom spodobało się to, że jestem zdeterminowana i wszystkim moim działaniom towarzyszy konkretny cel, że wiem o co walczę. Udzieliła się im też moja energia, uśmiech, radość życia – pomimo doświadczeń, które miałam za sobą.

Czyli na przekór wszystkiemu towarzyszą Ci optymizm i entuzjazm?
Robię wszystko, żeby nie zatracić tego w sobie. Cokolwiek by się nie działo, staram się mieć pozytywne nastawienie i wiarę, że będzie dobrze. Właściwie mam tak od zawsze. Wiele osób starało się zgasić to we mnie, sugerując pozbycie się różowych okularów. Nie pozwoliłam na to, bo dla mnie wybór pomiędzy zamartwianiem się a akceptacją sytuacji, wiarą, że nawet z kiepskich początków mogą zrodzić się pozytywne rzeczy, jest prosty – wybieram to drugie. Zamartwianie się nie prowadzi do satysfakcji. Ja wolę zrobić wszystko co w mojej mocy, żeby wyjść z kiepskiej, czy patowej sytuacji, mieć świadomość, że dałam z siebie wszystko i wierzyć, że przyniesie to pozytywne efekty. Bez względu na moje doświadczenia, cały czas uważam, że życie jest darem i że jest piękne. W sumie takie podejście wiele ułatwia. Być może działa tzw. prawo przyciągania. Nie wiem w czym tkwi sekret, ale z pewnością takie podejście działa. Oczywiście to nie jest tak, że bez względu na okoliczności, od rana do wieczora jestem uśmiechnięta, przepełniona entuzjazmem. Zdarzają się sytuacje, gdy jest gorzej i muszę popłakać, pomarudzić czy wyżalić się. Jednak staram się, żeby były to sporadyczne historie i nie zaburzały mojego podejścia do życia.
Co ułatwia utrzymanie takiego podejścia?
Otaczanie się fajnymi, wartościowymi ludźmi. Ja mam cudowną młodszą siostrę oraz wspaniałą przyjaciółkę. Obydwie są dla mnie ogromnym wsparciem. Ale również mam wśród znajomych kilka osób, których określam mianem mentorów. Często żartuję, że jak będę duża to chcę być taka jak oni – z powodzeniem rozwijają się zawodowo i ciągle poszerzają swoje kwalifikacje.
Czy aktualnie ktoś pomaga Ci w wychowaniu dzieci?
Sprawa rozwodowa, a właściwie batalia sądowa, trwa do dzisiaj, więc można domyślić się, że nie jest lekko. Od zawsze miałam wsparcie w rodzicach i przyjaciółce, więc mam pomoc przy dzieciach, dlatego jest trochę łatwiej jakoś to wszystko zorganizować. Dzieci mają 9, 6 i 4 lat, więc sama rozumiesz, że wszystkie potrzebują wsparcia i opieki.
Interpretuję to tak, że każde z dzieciaków wymaga tego wsparcia na innym poziomie, atencji różnego typu?
Najstarszy syn właściwie powoli wkracza w wiek nastoletni. Powoli zaczyna się większe skupienie na kolegach, popisywanie, podważanie słów i opinii rodziców. Wiadomo, bunt nastolatka. Natomiast dziewczynki są na innym etapie. Generalnie, jest głośno, gwarnie. Ciężko w naszym domu zaznać spokoju. Po prostu trzeba jakoś trzymać to w ryzach, inaczej można by zwariować.
No właśnie, jak radzisz sobie z koordynacją tego wszystkiego?
Dobrym przykładem jest ostatni długi weekend, który spędzałam u mojej rodziny w Białej Podlaskiej, skąd już jest około dwóch godzin do Warszawy. Wymyśliłam więc, że pojedziemy z dzieciakami na jednodniową wycieczkę do stolicy. Byłam ja, trójka moich dzieci i moja siedmioletnia siostrzenica. Być może dla wielu osób byłoby to ryzykowne, zbyt skomplikowane przedsięwzięcie, dla mnie jednak była to kwestia wyłącznie odpowiedniej koordynacji. O 10 rano wystartowaliśmy pociągiem do Warszawy, gdzie zwiedziliśmy mnóstwo miejsc, skorzystaliśmy z wielu atrakcji: Zamek Królewski, Pomnik Syrenki, bawialnia Smart Kids Planet etc. Po całym dniu pełnym wrażeń wróciliśmy do Białej Podlaskiej. Podczas tego aktywnego dnia aż trzy obce osoby zwróciły na mnie uwagę, zastanawiając się jak ja to wszystko ogarniam, patrząc na mnie z podziwem. Dla mnie jednak nie jest to nic nadzwyczajnego. Tak naprawdę wystarczy prosta, konkretna komunikacja z dziećmi, typu: „Zielone światło, idziemy!”. Mieliśmy ustalony wcześniej plan działania i dzieci wiedziały, że powinny trzymać się tych ustaleń.

Ta wycieczka dała Ci zapewne wiele satysfakcji?
Dzieci są bardzo wymagające, wiele oczekują, czerpią z rodzica. I to jedna strona medalu. Druga jest taka, że rodzic również wiele dostaje w zamian. W przypadku tej wycieczki otrzymałam ogrom satysfakcji, dumy, poczucia spełnienia. No i przede wszystkim udzieliła mi się ogromna radość dzieci. Wiesz, przecież mogłabym postawić na karierę zawodową, zostać panią Dyrektor i skupić się na własnym rozwoju. Jednak u mnie jest to zrównoważone, bo jestem spełnioną matką, a zawodowo rozwijam się jako Doradca Klienta. Przyswajam nową wiedzę, ciągle się uczę, więc nie czuję, jakbym stała w miejscu, wręcz przeciwnie. Poza tym, jestem na tyle młoda, że mam jeszcze pole do popisu i wszystko przede mną.
Wiesz, myślę że niejedna Pani Prezes, której umknęło macierzyństwo, pozazdrości nieraz takiej osobie jak Ty.
Zgodzę się z Tobą i mam świadomość, że nawet jeżeli planujemy macierzyństwo, nie zawsze wszystko układa się po naszej myśli. Generalnie łatwo przeoczyć ten właściwy moment. Wychodzę jednak z założenia, że każdy ma jakiś talent, umiejętności, osiągnięcia i może pochwalić się nim światu. Należy to doceniać, być z tego dumnym i nie porównywać się do innych, nie zazdrościć im, że mają coś, czego my nie mamy. Jak już mamy się porównywać to tylko do siebie, na przykład sprzed roku i realnie ocenić co udało nam się w tym czasie zrobić czy osiągnąć.
Wielozadaniowość, umiejętności koordynacji, sprawna komunikacja – tak potrzebne przy wychowaniu dzieci – z pewnością przydają Ci się w życiu zawodowym?
Często łapię się na tym, że zarówno kontaktami z dziećmi, jak i klientami, rządzą podobne mechanizmy. Zawsze należy wysłuchać drugiej strony, tego co ma do powiedzenia, jakie są jej potrzeby czy problemy. Dodatkowo każdy z nas lubi krótkie, konkretne, klarowne komunikaty. Bardzo istotne są również instrukcje – tak niezbędne dzieciom, a tak pomocne klientom. W sumie można sprowadzić to do jednego schematu: „Umawiamy się na to i na to. W tym czasie ja mam zrobić to a Ty tamto. Widzimy się/ zdzwaniamy za tydzień i wyciągamy wnioski, dopinamy temat”.
Czy biorąc pod uwagę wszystkie obowiązki, masz czas dla siebie? W jaki sposób dbasz o siebie?
Od dziecka lubiłam aktywność fizyczną. Co prawda na studiach było jej znacznie mniej, a to za sprawą studenckiego życia. Podczas pierwszej ciąży przytyłam 18 kilogramów, co było dużą motywacją do zadbania o siebie. Pomimo tej kilkuletniej przerwy, przeprosiłam się wtedy ze sportem, który aktualnie stanowi ważny aspekt mojego życia. Zaczęło się od biegania, a następnie wkroczył fitness. Dużo schudłam, czułam się wręcz za chuda. Zaczęłam więc trenować siłowo, żeby nabrać masy mięśniowej. Generalnie wychodzę z założenia, ze warto, a nawet trzeba, być aktywnym. Zawsze powtarzam, żeby uprawiać jakikolwiek ruch – biegać, pływać, spacerować, tańczyć. Po prostu róbmy to, co sprawia nam przyjemność, dobierzmy formę ruchu do naszych preferencji.
A Ty aktualnie co robisz?
Od ponad roku uprawiam crossfit, czyli trening siłowy i kondycyjny. Dodatkowo dźwigam ciężary. Obydwie aktywności sprawiają mi ogromną przyjemność.
Ile kilogramów podnosisz?
W rwaniu do siadu mam 42,5 kilograma, a w zarzucie, czyli tzw. power clean mam 60 kilogramów.

Brawo!
Dziękuję. Fakt, to sporo. A ja bardzo to lubię, uwielbiam wręcz i ciągle chcę więcej.
Dlaczego?
To jest sport siłowy, więc mocno oddziałuje na sylwetkę. Efekty są naprawdę zadowalające. Drugie co, bardzo lubię ten męski świat. Często bywa tak, że jestem na zajęciach jedyną kobietą. To jest ten sam świat, który towarzyszył mi na studiach. Przewagą crossfitu nad siłownią jest fakt, że my zbudowaliśmy tam taką mini społeczność. Posiadanie takiej odskoczni jest niesamowicie istotne, tym bardziej w przypadku pracy zdalnej, przez którą te kontakty bezpośrednie są ograniczone. Kolejnym atutem jest to, ze ćwiczenia tego typu pomagają rozładować napięcia natury psychicznej. Po prostu można oczyścić głowę, wyżyć się, zmęczyć – w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Wiadomo, że podczas treningu spalamy dużo kalorii, dzięki czemu mogę realizować moją kolejną pasję, czyli jedzenie. Uwielbiam jeść. Właściwie non stop jestem głodna (śmiech).
Ile razy w tygodniu bywasz na crossficie?
Trzy razy, a do tego trening weightlifting, który mam czasem nawet dwa razy w tygodniu.
A co wtedy robisz z dziećmi, w sytuacji gdy mąż jest w rejsie?
Odbieram je z przedszkola i szkoły, dokarmiam i jadą ze mną. Po prostu grzecznie czekają aż mama zrobi swoje. Myślę, że dobrze, że mają taki przykład i widzą, jak istotny jest sport, wysiłek fizyczny.
Jestem pełna podziwu, że nie dość, że jesteś aż tak aktywna, to w dodatku tak pięknie godzisz te wszystkie aktywności. Widać, że lubisz wyzwania.
Bardzo. Nawet pochwalę się jednym z nich. Na początku czerwca moi koledzy z treningów pojechali pociągiem do Świnoujścia i stamtąd rowerami wzdłuż wybrzeża, na Hel. Bardzo im zazdrościłam, jednak z przyczyn urlopowych, nie mogłam do nich dołączyć. Nie dawało mi to jednak spokoju i stwierdziłam, że też zrobię taką wyprawę, z tym że samotną, a właściwie samodzielną. Nie lubię określenia samotny, wolę samodzielny. Pod koniec czerwca kupiłam rower i z początkiem lipca powtórzyłam trasę chłopaków.
Ile zajęła Ci ta wyprawa?
Cztery dni. Robiłam około 120 kilometrów dziennie.
Jak Ci mijała podróż?
Początkowo myślałam, że będzie to czas, w którym przesłucham wszystkie zaległe podcasty, jednak docelowo nie towarzyszyła mi nawet muzyka. Był to czas na przemyśleń, snucia planów, czyli taki czas wyciszenia, autorefleksji, podsumowań. Właściwie była to taka forma terapii.
Czy było Ci ciężko pokonać tak wymagającą trasę?
Była to jakaś forma walki samej ze sobą. Początkowo przerażał mnie fakt, że mam zrobić aż 130 kilometrów dziennie. Przed tą wycieczką mój rekord wynosił zaledwie 40 kilometrów jednego dnia. Już pierwszego dnia wyprawy pomyliłam miasto, w którym miałam wykupiony nocleg, wieńczący całodniową trasę. Minęłam Pobierowo i dojechałam do Rewala, gdzie okazało się, że jednak wykupiłam nocleg w Pobierowie. Musiałam więc wrócić, a tym samym, nadrobiłam łącznie kilkanaście kilometrów. Jak widać, nie obyło się bez komplikacji.

Jak oceniasz tę wyprawę?
Myślę, że to świetna przygoda. Poza tym bardzo pouczająca. Uświadomiłam sobie, że możemy realizować nawet bardzo odległe, abstrakcyjne cele, o ile rozbijemy je na mniejsze etapy. Dla mnie takim celem było wspomniane 430 kilometrów. I to właśnie podział tej trasy na mniejsze, stukilometrowe odcinki, dodał mi wiary w to, że cel jest realny. Tak samo w trakcie samej jazdy, którą dzieliłam sobie na mniejsze etapy, typu: mam do przejechania 40 kilometrów a potem zatrzymam się na kawę czy obiad. Myślę, że takie podejście do wyzwań, polegające na podziale na mniejsze etapy, sprawdza się nie tylko w sporcie, ale i pracy.
Czego nauczyła Cię ta przygoda?
Ta przygoda utwierdziła mnie w przekonaniu, że zawsze trzeba wierzyć w siebie. Kiedyś przeczytałam takie mądre słowa, które teraz sparafrazuję: „Uwierz w siebie. Nawet jeżeli ludzie dookoła mówili Ci, że czegoś nie potrafisz, nie możesz, to są tylko ich słowa. Prawdziwa moc jest w Tobie.” I ja w pewnym momencie też uwierzyłam w siebie. Pomyślałam, że pomimo tego, że jestem prostą dziewczyną z Podkarpacia, mogę wiele, mogę iść dalej, sięgać po więcej i mieć odwagę kreować kolejne marzenia.
Rozmawiała: Kinga Walczyk