Reklama

Ustawa „Women on Boards” podpisana – co to oznacza?

Szeroko omawiana ustawa „Women on Boards” została podpisana przez prezydenta Karola Nawrockiego, a jej postanowienia weszły w życie 17 sierpnia 2026 roku. W związku z tym faktem, duże spółki giełdowe muszą zapewnić minimum 33% miejsc w zarządach spółek kobietom (licząc wespół z radami nadzorczymi).

ustawa-woman-on-boards

Niemniej, choć przepisy zostały już ratyfikowane, ich los nadal nie jest pewny – prezydent RP postanowił bowiem o skierowaniu ustawy do Trybunału Konstytucyjnego, celem zbadania jej zgodności z ustawą zasadniczą.

Ustawa „Women on Boards” wchodzi w życie. Co to oznacza i kogo dotyczy?

Ustawa „Women on Boards” stanowi urzeczywistnienie unijnej dyrektywy o tej samej nazwie w polskim prawodawstwie. Zgodnie z jej treścią, do realizacji założeń ustawy obowiązane są spółki giełdowe zatrudniające minimum 250 pracowników i mogące się pochwalić rocznym obrotem netto na poziomie 50 mln euro lub całkowitym bilansem rocznym powyżej 43 milionów euro.

Myśl przewodnia stojąca za zmianami jest – niezależnie od rzeczywistej praktyki –  antydyskryminacyjna. Wyżej wzmiankowane spółki mają obowiązek zapewnienia tego, by płeć „niedostatecznie reprezentowana” (a więc, wbrew nazwie ustawy, niekoniecznie chodzi o kobiety), zajmowała min. 33% wszystkich stanowisk w zarządach i radach nadzorczych organizacji. Płeć „niedostateczna reprezentowana” rozumiana jest jako ta, która łącznie zajmuje nie więcej, niż 49% w/w stanowisk.

Przepisy dot. równości płci w rekrutacji i pracy

Ponadto, firmy te zobowiązane są do wdrożenia odpowiednich polityk dot. równowagi płci, co swej emanacji ma doświadczać zarówno w trakcie procesów rekrutacyjnych, jak i późniejszego przebytu pracowników w organizacji.

W przypadku rekrutacji działy HR pamiętać muszą o tym, by w razie równorzędności kompetencyjnej kandydatów, automatycznie skłaniać się ku kandydatowi tej z dwóch płci, która nie jest dostatecznie reprezentowana w organizacji. Uchybienia w tej materii wyposażą poszkodowanego kandydata lub kandydatkę w argumenty do wystąpienia przeciwko spółce na drodze sądowej, gdzie wówczas to spółka będzie zmuszona do dowodzenia swojej niewinności.

Jeśli zaś chodzi o równowagę płci w stałej i bieżącej polityce organizacji, to ustawa nakłada na spółki obowiązek uchwalenia przez walne zgromadzenie całościowej polityki, obrazującej programy rozwoju oraz strategii zarządzania zasobami ludzkimi w kontekście realizowania polityki równościowej.

Kary i terminy też są przewidziane w ustawie

Zgodnie z wdrażaną literą prawa, spółki obowiązane do przestrzegania przepisów „Women on Board” muszą każdego roku – do 30 czerwca – składać do KNF szczegółowe sprawozdania o reprezentacji płciowej w roku poprzednim, a także publikować raporty na swoich stronach internetowych. Niemniej, pierwsze sprawozdanie należy wyjątkowo złożyć do dnia 31 października 2026 roku.

Każdy podmiot, który nie dostosuje się do zasad przewidzianych ustawą, ryzykuje otrzymanie kary finansowej od Komisji Nadzoru Finansowego (KNF), której wysokość może sięgać 500 000 złotych.

Prezydent Karol Nawrocki podpisał ustawę – ale zgłosił też poważne wątpliwości

Warto nadmienić, że choć prezydent Karol Nawrocki podpisał ustawę i jest ona już procedowana, to trwałość jej losów wciąż stoi pod pewnym znakiem zapytania. Głowa państwa dopatrzyła się bowiem potencjalnej niezgodności ustawy „Women on Boards” z Konstytucją RP, kierując ustawę do Trybunału Konstytucyjnego w ramach kontroli następczej – pomimo złożonego pod nią podpisu.

Prezydent kwestionuje tak głęboką ingerencję państwa w swobodę kształtowania kadr w spółkach, dopatrując się w przepisach nawet sytuacji odwrotnej do zamierzonej, stanowiącej w rzeczywistości akt dyskryminacji. Dodatkowo, Karol Nawrocki zauważa w ustawie naruszenie zasady proporcjonalności w wysokich karach od KNF i narzuceniu firmom skomplikowanych procedur rekrutacyjnych, ostrzegając równolegle przed wielowymiarowymi zagrożeniami dla polskiej gospodarki.

Dlaczego zatem prezydent podpisał ustawę? Można się domyślać, że chodzi o czysty pragmatyzm. Następstwem weta prezydenta byłyby ogromne kary finansowe nałożone na Polskę przez TSUE, ponieważ Polska wdraża unijną dyrektywę z dwumiesięcznym opóźnieniem – Bruksela chciała wprowadzenia zmian do 30 czerwca 2026 roku. Trudno jest się jednak spodziewać, by Polska miała legalną możliwość odstąpienia od realizacji unijnej dyrektywy – jej wdrożenia wymaga sama obecność Polski w strukturach Unii Europejskiej.

Oceń artykuł
0/5 (0)
Ładowanie ofert pracy...