Nowelizacja ustawy wiatrakowej staje się nie tylko przedmiotem sporu o politykę energetyczną, ale także elementem szerszej gry – tej, która toczy się wokół sukcesji w Pałacu Prezydenckim. Z pozoru techniczne zapisy o odległości turbin od zabudowań czy uproszczenia proceduralne nabierają dziś zupełnie innego ciężaru. Wszystko wskazuje na to, że to Karol Nawrocki, a nie Andrzej Duda, będzie musiał podjąć decyzję w sprawie, która już teraz dzieli nie tylko scenę polityczną, ale i społeczeństwo.

Harmonogram jako narzędzie nacisku
Nowelizacja może trafić na biurko nowego prezydenta w pierwszych dniach jego kadencji. Sejm – w zależności od decyzji o terminie rozpatrzenia poprawek Senatu – może przesądzić, kto formalnie podejmie decyzję. Jeśli zrobi to jeszcze w lipcu, ustawa może zostać przekazana Andrzejowi Dudzie. Jeśli zwlekać będzie do sierpnia – adresatem będzie Karol Nawrocki. I choć obaj politycy wyrażali sceptycyzm wobec zapisów ustawy, tylko jeden z nich będzie musiał ją podpisać albo zawetować.
Z punktu widzenia Pałacu Prezydenckiego wybór ten nie jest obojętny. Ustawa została tak skonstruowana, by zawierać nie tylko regulacje dotyczące lokalizacji wiatraków, ale także zapis o mrożeniu cen energii elektrycznej dla gospodarstw domowych. W praktyce oznacza to, że każdy sprzeciw wobec projektu – czy to w formie weta, czy wysłania ustawy do Trybunału Konstytucyjnego – może zostać odczytany jako działanie przeciwko obywatelom, którym obiecano tańszy prąd. Tym samym rząd tworzy dla prezydenta elekta sytuację bez politycznie neutralnej odpowiedzi.
Wiatraki, fundusz i uproszczenia – treść ustawy pod lupą
Spór nie toczy się tylko o to, jak blisko domów mają stanąć turbiny. Najwięcej kontrowersji budzą zapisy skracające procedury inwestycyjne, które umożliwią inwestorom równoległe prowadzenie zmian w miejscowych planach zagospodarowania i opracowywania raportów środowiskowych. Według rządu taki zabieg może skrócić proces inwestycyjny z siedmiu do czterech–pięciu lat – co oznacza szybsze uruchamianie nowych źródeł energii.
Ustawa zakłada również stworzenie funduszu partycypacyjnego, który miałby rekompensować uciążliwość życia w pobliżu farm wiatrowych. Inwestorzy zobowiązani będą do wpłacania 20 tys. zł rocznie za każdy megawat mocy – środki te mają trafiać do lokalnych społeczności. To ruch z pozoru korzystny, ale pozostaje pytanie, czy taki mechanizm będzie wystarczającym buforem społecznym. Zwłaszcza że poprawki przyjęte przez Senat usunęły m.in. zakaz lokowania turbin w pobliżu obszarów Natura 2000 – co PiS natychmiast wykorzystało jako argument przeciwko projektowi, zarzucając rządowi brak spójności z własnym przekazem ekologicznym.
Kto kogo testuje – i po co?
Karol Nawrocki, choć jeszcze nie objął urzędu, już znalazł się w roli głównego bohatera tej legislacyjnej operacji. Jego kampanijne wypowiedzi, w których przestrzegał przed „stawianiem wiatraków 500 metrów od osiedli”, wracają dziś jako polityczna broń. Z jednej strony to dowód spójności postawy, z drugiej – ciężar, który może go zmusić do trudnego kompromisu między wyborczymi hasłami a konstytucyjną rolą głowy państwa.
Na stole leżą trzy scenariusze. Pierwszy – podpisanie ustawy mimo kontrowersji. Drugi – weto i ryzyko zarzutów o zablokowanie ulgi dla obywateli. Trzeci – odesłanie do Trybunału Konstytucyjnego, które – jak słychać w Pałacu – może być trudne do uzasadnienia, bo projekt nie zawiera jednoznacznego naruszenia ustawy zasadniczej. Można, oczywiście, próbować odwołać się do zasady sprawiedliwości społecznej, ale będzie to interpretacja, nie fakt.
Decyzja w tej sprawie przesądzi nie tylko o przyszłości konkretnych przepisów. Będzie też pierwszym testem politycznej tożsamości nowego prezydenta – i odpowiedzią na pytanie, czy zamierza być biernym notariuszem, czy recenzentem władzy wykonawczej.
Źródło: money.pl