Choć maj 2025 jeszcze się nie zakończył, Główny Urząd Statystyczny już teraz zaskakuje danymi, które mogą mieć wpływ nie tylko na nastroje konsumentów, ale i wyborców. Inflacja zwolniła bardziej, niż zakładali ekonomiści. W skali roku ceny wzrosły o 4,1 proc., czyli mniej niż w kwietniu i mniej, niż się spodziewano. A to jeszcze nie wszystko – w ciągu miesiąca zanotowano realny spadek poziomu cen.

To ostatnia tak istotna publikacja statystyczna przed drugą turą wyborów prezydenckich. Czy liczby przemówią do wyborców mocniej niż debaty? Czy przy kasie w sklepie da się poczuć polityczną zmianę?
Gospodarka przed urną – majowe dane GUS
Majowy wskaźnik inflacji wyniósł 4,1 proc. w ujęciu rocznym, co oznacza spadek względem kwietnia, kiedy to ceny rosły o 4,3 proc. Co więcej, w porównaniu z poprzednim miesiącem ceny spadły o 0,2 proc., choć prognozy zakładały ich wzrost. Dla wielu komentatorów i ekspertów to powód do umiarkowanego optymizmu – choć tempo spadku inflacji jest powolne, to jednak trwałe. Od stycznia obserwujemy wyraźny trend: wtedy inflacja sięgnęła 5,3 proc., a z miesiąca na miesiąc sukcesywnie się obniżała.
GUS opublikował te dane jeszcze przed końcem miesiąca, a więc mamy do czynienia z wstępnym szacunkiem, który zostanie potwierdzony (lub skorygowany) w pełnej wersji raportu za około dwa tygodnie. Jednak już teraz informacje te budzą duże zainteresowanie – nie tylko wśród analityków, ale i polityków.
Co istotne, oczekiwania rynkowe rozmijały się z rzeczywistością. Ekonomiści liczyli na symboliczny spadek inflacji o 0,1 pkt proc., a tymczasem różnica okazała się dwukrotnie większa. Jeszcze bardziej zaskakuje spadek cen w skali miesiąca – oczekiwano ich wzrostu, nie spadku. Przypadek? Wątpliwe. Raczej rezultat kilku nakładających się zjawisk – i niekoniecznie tylko gospodarczych.
Co tanieje, a co drożeje?
Choć średnia inflacja wyniosła 4,1 proc., poszczególne kategorie cen pokazują, że sytuacja wcale nie jest jednorodna. Ceny żywności rosły szybciej niż ogólny wskaźnik – aż o 5,5 proc.. Widać to choćby przy codziennych zakupach – pieczywo, nabiał, owoce – niemal wszystko znowu trochę droższe. Ale nawet jeśli zakupy spożywcze nadwerężają domowe budżety, są też obszary, które dają oddech.
Największą ulgę przynosi kierowcom spadek cen paliw – aż o 11 proc. w ujęciu rocznym. W czasach, gdy tankowanie auta bywało niemalże rytuałem cierpienia, to zmiana zauważalna i nie do przecenienia. Z kolei nośniki energii podrożały aż o 13 proc., co może zniweczyć oszczędności z tańszego paliwa – zwłaszcza wśród tych, którzy ogrzewają domy elektrycznie lub korzystają z energii w produkcji.
Pełniejsze dane dotyczące cen poszczególnych produktów poznamy dopiero za dwa tygodnie. Ale już teraz widać pewną strukturę: żywność drożeje, energia drożeje, paliwa tanieją. A reszta? W równaniu inflacyjnym to często „reszta” robi największą różnicę.
Inflacja, stopy i kredyty – czyli co dalej?
Niższa inflacja to coś więcej niż tylko lżejszy portfel po wizycie w sklepie. To również mocny sygnał dla Rady Polityki Pieniężnej, która w ostatnich miesiącach coraz śmielej myśli o dalszych obniżkach stóp procentowych. Jedna taka decyzja – o cięciu o 0,5 pkt proc. – już zapadła. A skoro ceny zwalniają szybciej, niż zakładano, można spodziewać się kolejnych ruchów.
Niższe stopy procentowe oznaczają tańsze kredyty, niższe raty i potencjalnie większą dostępność finansowania – zarówno dla osób prywatnych, jak i firm. W praktyce to może oznaczać wzrost zainteresowania zakupem mieszkań, większą aktywność inwestorów i impuls dla sektora budowlanego.
Pytanie tylko, czy tempo spadku inflacji utrzyma się w kolejnych miesiącach. Bo choć dziś dane cieszą, każdy ekonomista wie, że zmienność bywa kapryśna. Szczególnie w kraju, w którym prognozy rzadko mają okazję pokryć się z rzeczywistością, a ceny potrafią zaskakiwać szybciej niż wieczorne sondaże wyborcze.
Źródło: businessinsider.com.pl