Protest polskich przewoźników na granicy z Ukrainą trwa od 6 listopada. Na przejściach granicznych są duże kolejki. Kolejka do odprawy w Dorohusku ma aż 30 km. Strona ukraińska zapowiada złożenie pozwów przeciwko protestującym przedsiębiorcom.

Protest polskich przewoźników na granicy z Ukrainą. O co chodzi?
Protest polskich przewoźników rozpoczął się 6 listopada. Wówczas kilkudziesięciu polskich przewoźników rozpoczęło blokadę trzech przejść granicznych z Ukrainą: Dorohusku, Hrebennem i Korczowej. Przedstawiciele branży transportowej nie zgadzają się na decyzję Unii Europejskiej w sprawie zniesienia wszystkich ograniczeń wjazdu nałożonych na ukraińskich przewoźników. Paweł Ozygała (przewodniczący komitetu strajkowego) w rozmowie ze stacją BBC wskazał:
Myślę, że Unia Europejska chciała pomóc Ukrainie i to dobrze. Ale tak naprawdę nie przemyślała tego, że Ukraina przejmie nasz rynek.
Przewoźnicy oczekują wprowadzenia zezwoleń handlowych dla ukraińskich firm na przewóz towarów, z wyjątkiem pomocy humanitarnej i zaopatrzenia dla ukraińskiego wojska oraz zawieszenia licencji dla firm, które powstały już po rozpoczęciu wojny na Ukrainie.
Wspieramy Ukrainę, ale musimy także wspierać nasze własne rodziny. Dla naszych firm to teraz kwestia „być albo nie być.
– dodał przewodniczący komitetu strajkowego.
Pozwy Ukraińców przeciwko protestującym na granicy przedsiębiorcom
Wiceprezes ukraińskiego Związku Międzynarodowych Przewoźników Samochodowych, Wołodymyr Balin zapowiedział, że po ustaleniu przez prawników winnych, złożone zostaną pozwy w celu uzyskania zapłaty za straty.
Przewoźnicy już przygotowują pozwy. Są polscy prawnicy, którzy gotowi są skierować te pozwy do strajkujących w Polsce. Jutro wieczorem (w poniedziałek – red.) będziemy mieli informację o zezwoleniach – kto je wydał, kto pytał, na jakiej podstawie. I to wszystko będzie stanowić podstawę pozwów
– zapowiedział cytowany przez Polsat News, Wołodymyr Balin w rozmowie na antenie stacji TSN.
Skala protestu i ekonomia kolejek – co zaostrzyło konflikt
Protest polskich przewoźników na granicy z Ukrainą urósł do rangi sporu o zasadność wolnego rynku i równość zasad. Dziesiątki kilometrów kolejek, dni spędzone w kabinach i zamrożone towary – to nie tylko logistyka, lecz także demonstracja frustracji wobec rosnącej konkurencji zza wschodniej granicy. Polscy kierowcy domagali się ograniczenia zezwoleń dla ukraińskich firm transportowych.
Problem pogłębiły różnice w kosztach działalności – firmy z Ukrainy, korzystające z dotacji i zwolnień, mogły oferować stawki dumpingowe, de facto wypierając polskich przewoźników z rynku. Skala protestu była więc adekwatna do poczucia zagrożenia – nie chodziło o drogi, lecz o przetrwanie tysięcy firm rodzinnych.
Pozwy i polityczne echo – kto i za co odpowie po stronie prawnej
W odpowiedzi na blokady Ukraina zapowiedziała możliwość pozwów zbiorowych przeciwko polskim firmom, które rzekomo uniemożliwiały jej przewoźnikom realizację umów handlowych. W tle pojawiła się presja Brukseli i apele o „odblokowanie granic”. Sytuacja przestała być lokalna – stała się testem lojalności wewnątrz UE.
Polska musiała balansować pomiędzy solidarnością z Ukrainą a obroną własnego sektora transportowego. W praktyce – żadna decyzja nie była politycznie neutralna. Pozwy nie dotknęły jeszcze bezpośrednio firm, ale sygnał został wysłany. Zaczęto mówić nie tylko o pieniądzach – także o reputacji międzynarodowej i wiarygodności umów.
Źródło: Polsatnews.pl