Nowy polityczny impuls ze strony marszałka Sejmu Szymona Hołowni wywołał prawdziwą burzę na warszawskim parkiecie. Zapowiedź wprowadzenia podatku od nadmiarowych zysków banków doprowadziła do gwałtownych spadków kursów akcji największych instytucji finansowych w kraju. Reakcja rynku była natychmiastowa – a to dopiero polityczny szkic, nie gotowy projekt ustawy.

Windfall tax – manifestacja prospołecznego zwrotu czy niebezpieczna gra?
Szymon Hołownia zapowiedział, że będzie forsować podatek od nadmiarowych zysków banków, tłumacząc to potrzebą odzyskania zaufania obywateli i wzmocnienia pozycji rządu jako sojusznika zwykłego człowieka. „Banki i tak zarabiają krocie przy tych stopach procentowych i marżach” – stwierdził w piątek w rozmowie z Polsat News. Wypowiedź ta – choć z pozoru jedynie sygnał polityczny – pociągnęła za sobą efekt domina, którego finałem były spadki notowań banków o miliardy złotych.
Choć Ministerstwo Finansów wcześniej zaprzeczało, jakoby prowadziło prace nad taką daniną, powyborcza rzeczywistość może diametralnie zmienić ton tych deklaracji. Giełda zareagowała tak, jakby podatek miał wejść w życie jutro – nie pojutrze, nie za rok. Bank Pekao stracił blisko 5 proc. wartości, co przełożyło się na 2 mld zł „wyparowanych” z rynku. Pod kreską znalazły się także PKO BP, Santander, mBank i Alior – razem obniżając swoją kapitalizację o około 10 mld zł.
Rynki nie lubią niepewności. Jeszcze bardziej nie znoszą idei podatków, które uderzają w podstawowy model biznesowy sektorów o dużym udziale w WIG20. Warto dodać, że żaden inny sektor na GPW nie odnotował w tym samym czasie równie głębokich spadków.
Głos banków: ostrzeżenie przed destabilizacją i populizmem
Prezes Związku Banków Polskich, dr Tadeusz Białek, nie pozostawił złudzeń co do stanowiska sektora. W jego opinii zapowiedź nowego podatku to „nietrafiony pomysł”, który szkodzi gospodarce i wpisuje się w populistyczny sposób myślenia. Jak podkreślił, banki nie tylko generują zyski, ale są jednym z głównych filarów finansowania gospodarki. W 2024 roku ich wpływ na potencjał kredytowy kraju sięgnął ponad 118 mld zł, z czego do budżetu państwa trafiło łącznie 24,2 mld zł w postaci podatków – z tego 13,4 mld zł jako CIT i niemal 6 mld zł z podatku bankowego.
I tu pojawia się pytanie, którego politycy zdają się nie zadawać głośno: czy można jednocześnie wymagać od banków większego zaangażowania w finansowanie gospodarki i jednocześnie ograniczać ich zdolność do budowania kapitału? W końcu połowa wypracowanego zysku – jak przypomina ZBP – trafia na kapitały własne banków, które służą m.in. akcjom kredytowym.
Związek przypomina, że mówienie o bankach jako o „chłopcach do bicia” to retoryka grożąca podważeniem zaufania do całego systemu finansowego. A przecież to ten system, choć niepozbawiony wad, umożliwia istnienie kredytów hipotecznych, pożyczek inwestycyjnych i stabilnego obrotu gotówkowego.
Giełda, polityka i ekonomia – burzliwy trójkąt
Piątkowy krach na akcjach banków pokazał, jak łatwo słowa polityka mogą wywołać realne skutki ekonomiczne. Wystarczyło kilka deklaracji o „krociowych zyskach”, by na rynku zapanowała panika. A przecież cały sektor bankowy dopiero co świętował rekordowy wynik – ponad 42 mld zł zysku w 2024 roku, co stanowiło wzrost o połowę względem roku poprzedniego.
Można powiedzieć: zyski były tak duże, że „aż się proszą”, by je opodatkować. Ale to, co z punktu widzenia polityka jest nośnym postulatem, z perspektywy rynku może oznaczać gwałtowne zahamowanie inwestycji, ograniczenie akcji kredytowej i ucieczkę kapitału.
Czy to oznacza, że banki nie powinny być objęte dodatkową daniną? Niekoniecznie. Ale każda taka decyzja powinna opierać się na analizie skutków, a nie na retoryce, która – jak pokazał piątek – ma cenę liczonych w miliardach złotych.
Źródło: businessinsider.com.pl