Codziennie, zanim formalnie rozpoczęły dzień pracy, odbierały służbowe telefony, analizowały e-maile, wykonywały polecenia – bez wynagrodzenia, które się im należało. Teraz mają nie tylko zadośćuczynienie, ale i prawomocny wyrok, który może stać się ważnym punktem odniesienia dla innych pracowników w podobnej sytuacji.

Godziny pracy nie zaczynają się w zakładzie
Sąd Okręgowy w Olsztynie uznał, że dzień pracy trzech kobiet rozpoczynał się już w domu – od pierwszego odebranego telefonu i odczytanego maila. Ich obowiązki nie kończyły się wraz z powrotem do mieszkania – dopiero po wysłaniu raportu czy ostatnich dokumentów mogły odetchnąć. Ten model, jak podkreślił sąd, miał charakter systemowy i był związany z próbą ograniczania kosztów przez pracodawcę. Wbrew stanowisku firmy, czas pracy nie musi być związany z fizyczną obecnością w biurze – jeśli wymaga się gotowości i aktywności, to oznacza pracę.
300 tysięcy złotych i przegrana apelacja
W maju 2025 r. sąd pierwszej instancji przyznał kobietom łącznie 300 tys. zł za przepracowane nadgodziny, których nikt wcześniej nie rozliczył. Pracodawca złożył apelację, ale bezskutecznie – sąd drugiej instancji nie miał wątpliwości, że działania kobiet miały zawodowy charakter, niezależnie od miejsca ich wykonywania. Jak wskazał adwokat Grzegorz Ilnicki, wyrok przypomina, że zadaniowy czas pracy nie pozbawia prawa do wynagrodzenia za nadgodziny. Pracodawcy, którzy uznają „drobne obowiązki” wykonywane w domu za część etosu pracy, mogą się teraz zdziwić – sądy coraz częściej patrzą na realia, nie deklaracje.
Źródło: businessinsider.com.pl