Reklama

Dziura w budżecie rośnie szybciej, niż planowano. Co dalej z finansami państwa?

Styczniowe dane o wykonaniu budżetu mogą budzić niepokój — deficyt sięgnął niemal jednej czwartej rocznego limitu już po pierwszym miesiącu. Ministerstwo Finansów zapewnia, że to efekt planowanych działań, ale liczby mówią same za siebie. Czy polska gospodarka faktycznie zmierza w przewidywalnym kierunku, czy też balansuje na krawędzi nieprzewidzianych kosztów?

dziura-w-budżecie-państwa
Źródło zdjęcia: pixabay.com

Najgorszy styczeń od lat

Deficyt budżetowy po styczniu wyniósł 14,1 mld zł, co oznacza najgorszy początek roku od przynajmniej dekady. Dla porównania — rok temu ten sam miesiąc zakończył się nadwyżką na poziomie 6 mld zł. Taki skokowy zwrot może zaskakiwać, tym bardziej że resort finansów nie wyraził szczególnego zaniepokojenia.

Ministerstwo tłumaczy sytuację efektem świadomego zróżnicowania wydatków w czasie, co ma pozwolić na sprawniejsze zarządzanie finansami państwa w skali całego roku. Problem w tym, że dotychczasowe doświadczenia uczą, iż taki optymizm często bywa kosztowny — i nie zawsze opiera się na twardych danych, a raczej na założeniach, które mają się dopiero ziścić.

Dochody państwa spadły względem poprzedniego roku o 2,4 mld zł, a głównym powodem jest mniejsze zasilenie budżetu przez Narodowy Bank Polski — aż o 3,8 mld zł mniej niż w styczniu 2024 roku. Wpływy z VAT wzrosły tylko nieznacznie, mimo że inflacja nadal utrzymuje się na poziomie, który powinien teoretycznie napędzać konsumpcję i, co za tym idzie, dochody podatkowe.

Wydatki, które nie poczekają

Z kolei wydatki budżetowe eksplodowały o 31,5%, sięgając aż 77,5 mld zł. Część tej kwoty pochodzi z przyspieszonych przekazów środków dla Funduszu Ubezpieczeń Społecznych — w styczniu przekazano aż 20 mld zł, czyli ponad trzy razy więcej niż rok wcześniej. To posunięcie, choć tłumaczone względami technicznymi i „zarządzaniem płynnością”, w praktyce oznacza jedno: państwo spłaca przyszłe zobowiązania dziś, nie mając gwarancji, że jutro będzie na nie stać.

W tle widać też rosnące koszty obsługi długu publicznego — budżet już w styczniu wydał na ten cel ponad 5,5 mld zł, czyli o 70% więcej niż rok wcześniej. To nie tylko kwestia większego zadłużenia, ale przede wszystkim efekt rosnących stóp procentowych, które podnoszą koszt pieniądza dla państwa.

I tutaj pojawia się pytanie: skoro już teraz wydajemy więcej na samą obsługę długu, to co będzie, gdy kolejne raty zaczną się kumulować, a wpływy nie nadążą za potrzebami? Rząd może oczywiście liczyć na wzrost dochodów w drugiej połowie roku — ale to tylko założenie, a nie pewnik.

Strategia czy prowizorka?

Ministerstwo Finansów przekonuje, że wszystko idzie zgodnie z planem. Że deficyt styczniowy jest zaplanowany, a większe dochody pojawią się w drugiej części roku. Tylko czy rzeczywiście mamy do czynienia z przemyślaną strategią, czy może raczej z prowizorycznym zarządzaniem, które w razie niepowodzenia będzie można zrzucić na „nieprzewidziane okoliczności”?

Na razie zużyliśmy 23,5% rocznego limitu deficytu w jeden miesiąc. To tempo nie zostawia wiele miejsca na błędy. W dodatku cały budżet na 2025 rok został skonstruowany z założeniem, że wzrost gospodarczy wyniesie 3%, a inflacja spadnie poniżej 5%. Oba te założenia są bardzo optymistyczne — zwłaszcza w kontekście globalnej niestabilności i napięć geopolitycznych, które mogą wpływać na ceny energii, surowców i ogólną koniunkturę.

W efekcie rząd balansuje między koniecznością spełnienia obietnic społecznych a twardą arytmetyką budżetową. A arytmetyka nie lubi kompromisów — w przeciwieństwie do polityki.

Źródło: businessinsider.com.pl

Oceń artykuł
0/5 (0)
Ładowanie ofert pracy...