Styczniowe dane o wykonaniu budżetu mogą budzić niepokój — deficyt sięgnął niemal jednej czwartej rocznego limitu już po pierwszym miesiącu. Ministerstwo Finansów zapewnia, że to efekt planowanych działań, ale liczby mówią same za siebie. Czy polska gospodarka faktycznie zmierza w przewidywalnym kierunku, czy też balansuje na krawędzi nieprzewidzianych kosztów?

Najgorszy styczeń od lat
Deficyt budżetowy po styczniu wyniósł 14,1 mld zł, co oznacza najgorszy początek roku od przynajmniej dekady. Dla porównania — rok temu ten sam miesiąc zakończył się nadwyżką na poziomie 6 mld zł. Taki skokowy zwrot może zaskakiwać, tym bardziej że resort finansów nie wyraził szczególnego zaniepokojenia.
Ministerstwo tłumaczy sytuację efektem świadomego zróżnicowania wydatków w czasie, co ma pozwolić na sprawniejsze zarządzanie finansami państwa w skali całego roku. Problem w tym, że dotychczasowe doświadczenia uczą, iż taki optymizm często bywa kosztowny — i nie zawsze opiera się na twardych danych, a raczej na założeniach, które mają się dopiero ziścić.
Dochody państwa spadły względem poprzedniego roku o 2,4 mld zł, a głównym powodem jest mniejsze zasilenie budżetu przez Narodowy Bank Polski — aż o 3,8 mld zł mniej niż w styczniu 2024 roku. Wpływy z VAT wzrosły tylko nieznacznie, mimo że inflacja nadal utrzymuje się na poziomie, który powinien teoretycznie napędzać konsumpcję i, co za tym idzie, dochody podatkowe.
Wydatki, które nie poczekają
Z kolei wydatki budżetowe eksplodowały o 31,5%, sięgając aż 77,5 mld zł. Część tej kwoty pochodzi z przyspieszonych przekazów środków dla Funduszu Ubezpieczeń Społecznych — w styczniu przekazano aż 20 mld zł, czyli ponad trzy razy więcej niż rok wcześniej. To posunięcie, choć tłumaczone względami technicznymi i „zarządzaniem płynnością”, w praktyce oznacza jedno: państwo spłaca przyszłe zobowiązania dziś, nie mając gwarancji, że jutro będzie na nie stać.
W tle widać też rosnące koszty obsługi długu publicznego — budżet już w styczniu wydał na ten cel ponad 5,5 mld zł, czyli o 70% więcej niż rok wcześniej. To nie tylko kwestia większego zadłużenia, ale przede wszystkim efekt rosnących stóp procentowych, które podnoszą koszt pieniądza dla państwa.
I tutaj pojawia się pytanie: skoro już teraz wydajemy więcej na samą obsługę długu, to co będzie, gdy kolejne raty zaczną się kumulować, a wpływy nie nadążą za potrzebami? Rząd może oczywiście liczyć na wzrost dochodów w drugiej połowie roku — ale to tylko założenie, a nie pewnik.
Strategia czy prowizorka?
Ministerstwo Finansów przekonuje, że wszystko idzie zgodnie z planem. Że deficyt styczniowy jest zaplanowany, a większe dochody pojawią się w drugiej części roku. Tylko czy rzeczywiście mamy do czynienia z przemyślaną strategią, czy może raczej z prowizorycznym zarządzaniem, które w razie niepowodzenia będzie można zrzucić na „nieprzewidziane okoliczności”?
Na razie zużyliśmy 23,5% rocznego limitu deficytu w jeden miesiąc. To tempo nie zostawia wiele miejsca na błędy. W dodatku cały budżet na 2025 rok został skonstruowany z założeniem, że wzrost gospodarczy wyniesie 3%, a inflacja spadnie poniżej 5%. Oba te założenia są bardzo optymistyczne — zwłaszcza w kontekście globalnej niestabilności i napięć geopolitycznych, które mogą wpływać na ceny energii, surowców i ogólną koniunkturę.
W efekcie rząd balansuje między koniecznością spełnienia obietnic społecznych a twardą arytmetyką budżetową. A arytmetyka nie lubi kompromisów — w przeciwieństwie do polityki.
Źródło: businessinsider.com.pl