Reklama

Wyciek poufnych dokumentów z Ministerstwa Kultury. Sygnalistka bez ochrony, bez pracy i bez wsparcia

Hanna Radziejowska, kierująca do niedawna berlińskim oddziałem Instytutu Pileckiego, znalazła się w centrum sprawy, która podważa sens obowiązującej w Polsce ustawy o ochronie sygnalistów. Jej poufny list, wysłany do minister kultury, trafił w ręce osoby, której dotyczył. Niedługo później Radziejowska straciła stanowisko, a resort kultury poinformował, że nigdy nie obejmowała jej żadna ochrona – choć kilka miesięcy wcześniej udzielił jej takiego zapewnienia na piśmie.

radziejowska-instytut-pileckiego-sygnalisci

Jak doszło do wycieku poufnego listu sygnalistki?

Na początku 2025 roku Hanna Radziejowska, pełniąca wówczas funkcję kierowniczki berlińskiego oddziału Instytutu Pileckiego, zdecydowała się na krok, który w polskich warunkach rzadko bywa bezpieczny – postanowiła zasygnalizować swoim przełożonym działania uznane przez nią za szkodliwe dla instytutu i państwa.

W pierwszej kolejności próbowała rozmawiać bezpośrednio z dyrektorem placówki, profesorem Krzysztofem Ruchniewiczem, lecz brak reakcji sprawił, że sięgnęła wyżej. Sporządziła list skierowany do ówczesnej minister kultury Hanny Wróblewskiej, a następnie kontynuowała korespondencję z jej następczynią Martą Cienkowską. Każdą wiadomość opatrywała adnotacją o poufności, w pełni świadoma, że ujawnienie jej treści odbiłoby się bezpośrednio na jej pozycji zawodowej i bezpieczeństwie pracy.

List, który powinien pozostać zamknięty w obiegu ministerialnym, w krótkim czasie stał się przedmiotem zainteresowania polityków i urzędników, a nawet – jak ustaliły media – swoistą sensacją, krążącą wśród posłów jako ciekawostka. W ten sposób poufna korespondencja straciła swój charakter, a jej droga znalazła nieoczekiwane zwieńczenie – dokument trafił w ręce samego Ruchniewicza, czyli osoby, której dotyczyły zgłaszane nieprawidłowości. Ten punkt zwrotny był decydujący, ponieważ od chwili zapoznania się przez dyrektora z zarzutami Radziejowskiej sytuacja pracownicza sygnalistki uległa gwałtownemu pogorszeniu. Zamiast mechanizmów ochronnych przewidzianych w ustawie, uruchomiono wobec niej procedurę kadrową, która zakończyła się odwołaniem ze stanowiska.

Ministerstwo Kultury i decyzja o „pomyłkowej” ochronie

3 kwietnia 2025 roku Radziejowska otrzymała wiadomość z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, podpisaną przez starszego specjalistę Konrada Rodziewicza. Dokument brzmiał jednoznacznie – jej zgłoszenie spełnia wymogi ustawy o ochronie sygnalistów i podlega ochronie z niej wynikającej. W praktyce oznaczało to, że resort przyjął na siebie obowiązek nienaruszalności tej korespondencji i gwarancję, iż nie zostanie ona wykorzystana przeciwko zgłaszającej. Radziejowska mogła więc zakładać, że ma prawną podstawę do dalszej wymiany informacji – co zresztą uczyniła, wysyłając kolejne listy z wyraźną prośbą o zachowanie poufności. Każda odpowiedź, którą otrzymywała z ministerstwa, utwierdzała ją w przekonaniu, że funkcjonuje w reżimie ochronnym zapisanym w Ustawie z czerwca 2024 roku.

Kilka miesięcy później nastąpił zwrot, który wywołał wśród prawników konsternację. Ministerstwo wydało komunikat, w którym zakwestionowało obowiązywanie ochrony, tłumacząc, że status sygnalistki został przyznany omyłkowo przez pracownika niemającego odpowiednich uprawnień. Według resortu, mail wysłany 3 kwietnia nie był dowodem, lecz błędnym działaniem jednostki. W konsekwencji Hanna Radziejowska została pozbawiona wszelkich gwarancji bezpieczeństwa, mimo że posiadała w ręku dokument potwierdzający odwrotne zapewnienia. Taka interpretacja uderzyła nie tylko w samą zainteresowaną, ale również w spójność systemu ochrony sygnalistów, który – przynajmniej w założeniu – miał być odporny na arbitralne decyzje pojedynczych urzędników.

Reakcja Instytutu Pileckiego i zwolnienie Hanny Radziejowskiej

hanna-radziejowska-instytut-pileckiego
Hanna Radziejowska / Źródło: Instytut Pileckiego w Berlinie

Moment, w którym poufny list Radziejowskiej trafił do rąk profesora Krzysztofa Ruchniewicza, okazał się decydujący. Dyrektor Instytutu Pileckiego, widząc treść korespondencji, w której jego podwładna szczegółowo opisywała zarzuty wobec jego sposobu kierowania placówką, postanowił działać natychmiast – zamiast odnieść się merytorycznie do wskazanych problemów, skoncentrował się na samej osobie zgłaszającej, w efekcie czego w krótkim czasie Radziejowska została odwołana ze stanowiska kierowniczki oddziału w Berlinie.

W oficjalnym uzasadnieniu decyzji podkreślono, że prowadziła korespondencję z „osobami trzecimi”, co – zdaniem dyrektora – podważało jej lojalność wobec instytucji. Była to jednak dokładnie ta aktywność, która powinna podlegać szczególnej ochronie prawnej w ramach statusu sygnalistki.

Zwolnienie Radziejowskiej wywołało efekt chłodzący, który eksperci od prawa pracy i organizacji pozarządowych określają mianem najbardziej niebezpiecznego skutku niewłaściwego stosowania ustawy. Pracownicy instytucji publicznych, obserwując tę sprawę, mogli dojść do wniosku, że zgłaszanie nieprawidłowości jest równoznaczne z ryzykiem utraty stanowiska, a ewentualne gwarancje ochrony są zależne od uznaniowej interpretacji resortu. W przypadku Radziejowskiej fakt zwolnienia był tym dotkliwszy, że został poprzedzony formalnym przyznaniem jej statusu sygnalistki – co w naturalny sposób budziło oczekiwanie, że jej sytuacja zawodowa pozostanie nienaruszalna. Zamiast tego stała się przykładem, jak łatwo można obejść przepisy i pozbawić jednostkę bezpieczeństwa, kiedy jej zgłoszenie dotyka interesów osób zajmujących wysokie stanowiska.

Eksperci: złamanie prawa i podważenie sensu ustawy o sygnalistach

Sprawa Hanny Radziejowskiej stała się przedmiotem analizy prawników i organizacji zajmujących się przejrzystością życia publicznego. Sieć Obywatelska Watchdog Polska wskazała jednoznacznie, że ministerstwo nie miało prawa przekazać zgłoszenia dyrektorowi instytucji, której dotyczyły zarzuty. Zdaniem prezesa organizacji, Szymona Osowskiego, bez znaczenia pozostaje to, czy zarzuty Radziejowskiej były trafne – sednem regulacji jest ochrona zgłaszającego, a nie ocena zasadności zgłoszenia na wstępnym etapie. Taka konstrukcja ma zabezpieczać osoby przed działaniami odwetowymi, a dokładnie z taką sytuacją mamy tutaj do czynienia. Ministerialna interpretacja, według której mail urzędnika nie miał mocy prawnej, jawi się więc jako próba wycofania się z udzielonych gwarancji kosztem jednostki, która uwierzyła w obowiązywanie ustawy.

Krytyczne opinie pojawiły się również ze strony środowiska akademickiego. Dr Błażej Mądrzycki, specjalizujący się w prawie pracy, podkreślił, że polska ustawa jest implementacją dyrektywy unijnej, a ta kładzie nacisk na szczególną ochronę osób narażonych na represje ze strony przełożonych i wprost wskazuje na konieczność objęcia ochroną tych, którzy sygnalizują nadużycia popełniane przez osoby od nich zależne zawodowo. W tym kontekście sytuacja Radziejowskiej jest modelowym przypadkiem, który powinien uruchomić wszystkie mechanizmy zabezpieczające. Zamiast tego doszło do odwrócenia logiki ustawy – sygnalistka, zamiast zostać chroniona, została pozbawiona stanowiska i wsparcia. Eksperci ostrzegają, że podobne przypadki mogą uczynić przepisy martwymi, ponieważ nikt nie będzie chciał ryzykować zgłoszenia, jeśli państwo okaże się gwarantem jedynie pozornym.

Zwolnienie zastępcy jako dowód eskalacji sprawy

We wtorkowy wieczór Hanna Radziejowska poinformowała, że jej wieloletni zastępca, Mateusz Fałkowski został dyscyplinarnie odwołany z Instytutu Pileckiego. Decyzję uzasadniono współautorstwem artykułu opublikowanego w „Rzeczpospolitej” i lojalnością wobec byłej dyrektor berlińskiego oddziału. Zwolnienie nie było więc rezultatem oceny merytorycznej pracy, lecz bezpośrednią konsekwencją solidarności z osobą objętą sporem z dyrekcją i ministerstwem.

Radziejowska podkreśliła, że Fałkowski od początku współtworzył berliński oddział, uczestniczył w budowaniu jego programu i przez lata stanowił jeden z filarów instytucji – lojalność wobec przełożonej i sprzeciw wobec działań, które uznał za krzywdzące, stały się w tym przypadku dla niego obciążeniem i argumentem wykorzystanym do uzasadnienia dyscyplinarnego rozstania. Tym samym potwierdziła się obawa, że ochrona sygnalistów nie obejmuje w praktyce osób, które decydują się stanąć po stronie zgłaszającego.

Zwolnienie zastępcy unaocznia, że skutki wycieku poufnej korespondencji nie ograniczają się do jednostki. Każdy, kto okazuje wsparcie sygnaliście, ryzykuje własnym stanowiskiem. Eskalacja sprawy sprawia, że prawo, które miało gwarantować bezpieczeństwo, przekształca się w źródło strachu – i to nie tylko dla zgłaszającego, lecz także dla jego współpracowników.

Polityczny zarzut zdrady interesu państwa

Narastający spór wokół Radziejowskiej i Fałkowskiego wywołał liczne komentarze, w których pojawiają się nie tylko oskarżenia o łamanie prawa i podważanie podstaw systemu ochrony sygnalistów, ale nawet o zdradę stanu. Wśród nich szczególnie mocno wybrzmiał głos europosła Kosmy Złotowskiego, który uznał działania ministerstwa i Instytutu Pileckiego za przykład postępowania sprzecznego z interesem państwa:

To, co dzieje się wokół Hanny Radziejowskiej z Instytutu Pileckiego, to skandal i działanie antypaństwowe.
Zgłosiła nieprawidłowości i jako sygnalistka miała być chroniona przez prawo. Zamiast tego jej list trafił w ręce przełożonego, została odwołana, a teraz grozi jej dyscyplinarne zwolnienie. Tak samo potraktowano jej zastępcę.
Zamiast wspierać ludzi, którzy mają odwagę mówić prawdę w interesie publicznym, instytucje państwowe karzą ich za uczciwość. To podważa sens ustawy o ochronie sygnalistów, która ma swoje źródło w regulacjach UE i wysyła fatalny sygnał, by milczeć, bo inaczej straci się pracę.
Państwo ma obowiązek chronić uczciwych obywateli, a nie ich niszczyć w porozumieniu z władzami Niemiec!
– Kosma Złotowski, europoseł
Ten komentarz, a szczególnie jego ostatnie zdanie, dość silnie wybrzmiewa w kontekście zarzutów, jakie Hanna Radziejowska kierowała wobec Krzysztofa Ruchniewicza. Obok szeroko pojętego mobbingu i rozmaitych naruszeń prawa, Ruchniewicz miał działać w interesie rewizjonistycznej polityki Niemiec, odwołując polskie konferencje naukowe i prace badawcze, negując sens i konieczność wypłaty reparacji za II Wojnę Światową stronie polskiej przez niemiecką, a nawet forsując skrajnie absurdalną tezę o tym, jakoby to Polska była obowiązana do „zwrotu dóbr kultury” innym państwom – m. in. Niemcom. Planował w tej kwestii cykl „seminariów”, gdzie, zgodnie z planem, spotkania miały zakończyć się wypracowaniem określonych „rekomendacji” — a więc dokumentów, które można byłoby później wykorzystywać w debacie politycznej i prawnej.

Co dalej ze sprawą Radziejowskiej i ochroną sygnalistów w Polsce?

Hanna Radziejowska zapowiedziała, że będzie dochodzić swoich praw na drodze sądowej. Jej sytuacja stała się testem nie tylko dla polskiego systemu prawnego, lecz także dla praktycznej wartości przepisów wdrożonych w oparciu o unijną dyrektywę. W momencie, w którym sygnalistka otrzymała formalne potwierdzenie ochrony, państwo wzięło na siebie odpowiedzialność za zapewnienie jej bezpieczeństwa. Wycofanie się z tego zobowiązania poprzez tłumaczenie o rzekomej pomyłce kadrowej podważa zaufanie do instytucji publicznych i rodzi pytanie o stabilność mechanizmów prawnych. Sprawa Radziejowskiej pokazuje, że w Polsce problemem nie jest brak regulacji, lecz ich stosowanie – w praktyce ochrona okazuje się zależna od interpretacji urzędnika, a nie od mocy ustawy.

Dla przyszłości systemu ochrony sygnalistów w Polsce konsekwencje mogą być poważne. Eksperci zwracają uwagę, że jeśli sprawa zakończy się brakiem jakiejkolwiek odpowiedzialności instytucjonalnej, to wielu potencjalnych zgłaszających uzna, iż ryzyko przewyższa możliwe korzyści. W dłuższej perspektywie doprowadzi to do ograniczenia przepływu informacji o nadużyciach w administracji i w instytucjach publicznych, a w konsekwencji – do dalszego osłabienia mechanizmów kontroli państwa. Paradoks polega więc na tym, że ustawa mająca budować zaufanie obywateli do państwa, w praktyce wzmacnia obawy przed represjami. Sprawa Radziejowskiej, niezależnie od jej finału, już dziś pokazuje, że system wymaga korekty, a polskie instytucje muszą odpowiedzieć na pytanie, czy ochrona sygnalistów będzie realnym narzędziem, czy jedynie deklaracją w dokumentach legislacyjnych.

UODO żąda wyjaśnień od ministerstwa – będzie zwrot akcji?

Do sprawy włączył się Urząd Ochrony Danych Osobowych, który po analizie publikacji medialnych ogłosił wszczęcie działań z urzędu. Prezes UODO Mirosław Wróblewski zapowiedział, że do Ministerstwa Kultury trafi oficjalne pismo dotyczące możliwego naruszenia poufności zgłoszeń sygnalistki. W centrum zainteresowania znalazła się droga dokumentów, które wbrew zasadom ochrony trafiły do osoby wskazanej w zarzutach.

Interwencja UODO wyznacza nowy etap całej sprawy. Od wyjaśnień ministerstwa zależy, czy państwowy system ochrony sygnalistów zostanie uznany za wiarygodny, czy też okaże się konstrukcją fasadową – zależną od decyzji administracyjnych i podatną na polityczne uzasadnienia. Niestety, gdybyśmy mieli dedukować przyszłość na podstawie historii, to raczej trudno byłoby uznawać, że winni zostaną ukarani, a ofiary doznają naprawy krzywd.

Narzędzia wsparcia sygnalistów – jak GoWhistle wspiera firmy i instytucje

Przypadek Hanny Radziejowskiej pokazuje dobitnie, że wdrażanie w życie wymogów Ustawy o ochronie sygnalistów bez odpowiedniego zaplecza technologicznego, może prowadzić do sytuacji, w której ochrona istnieje jedynie na papierze, a w praktyce staje się pustą deklaracją. Tylko rozwiązania zapewniające pełną anonimowość i kontrolę nad przepływem informacji mogą sprawić, że prawo zacznie działać zgodnie z intencją ustawodawcy, a sygnaliści odzyskają zaufanie do instytucji – i w tej kwestii wsparciem może się okazać GoWhistle.

GoWhistle to platforma, która porządkuje proces zgłaszania nieprawidłowości, oferując sygnalistom pełną anonimowość oraz organizacjom narzędzia do sprawnego zarządzania zgłoszeniami. System umożliwia tworzenie dedykowanych „pokoi” dla poszczególnych spraw, zapewnia administratorom natychmiastowe powiadomienia, rozbudowane statystyki i raporty, a także przestrzeń do przechowywania plików. Dzięki temu cały proces pozostaje pod kontrolą, a przedsiębiorstwa i instytucje mogą dokumentować i analizować przebieg spraw w zgodzie z wymogami dyrektywy unijnej.

Oceń artykuł
4.3/5 (3)
Ładowanie ofert pracy...