Pracowałam w LPP przez prawie 7 lat, na różnych stanowiskach i w różnych miastach: od sprzedawcy, przez dekoratora, asystenta i zastępcę kierownika, aż po kierownika sklepu. Mam więc porównanie i wiem, jak ta praca wygląda z różnych perspektyw. Na początku, kiedy sprzedaż dobrze się kręciła, naprawdę było dobrze. Pracę wspominam przede wszystkim ze względu na ludzi. Trafiałam na świetne zespoły i to właśnie oni sprawiali, że mimo trudności chciało się przychodzić do pracy.
Moim zdaniem największe problemy zaczęły się po pandemii. Wieczne ucinanie godzin, wysyłanie pracowników do domu, coraz więcej obowiązków i coraz mniej ludzi. Zdarzały się soboty, kiedy sklep o powierzchni ponad 500 m² obsługiwałyśmy we dwie osoby. Jadłyśmy praktycznie w drzwiach, przy otwartym wejściu, żeby jednocześnie pilnować sklepu. Brzmi jak żart, ale tak wyglądała rzeczywistość.
Wizyta dyrektora z działu produktywności? Usłyszałam, że 1000 sztuk towaru powinnam zrobić w 2godziny. Były to same kurtki, dostarczone w ponad 60 kartonach. Tłumaczenie, że fizycznie nie da się tego zrobić w takim czasie, nie przynosiło efektu. Liczyły się tabelki i produktywność, a nie realne warunki pracy. Pamiętam również kierowniczkę w ciąży, która chciała pracować jeszcze około dwóch tygodni, do kolejnej wizyty u lekarza. Kierowniczka regionalna była spoko człowiekiem i starała się dostosować jej obowiązki. Mimo to dział produktywności miał zastrzeżenia, że nie wykonuje wszystkiego tak szybko jak inni. Dla mnie to przykład braku zwykłego ludzkiego podejścia. Jako kierownik wielokrotnie musiałam świecić oczami przed zespołem. Tłumaczyć, dlaczego pracownicy mają tak mało godzin, dlaczego trzeba zmniejszać im etaty i dlaczego mimo ogromu pracy nie ma możliwości normalnego obsadzenia sklepu. Odpowiadałam za ludzi, ale nie miałam wpływu na decyzje, które bezpośrednio ich dotyczyły.
Gwoździem do trumny było zabranie wszystkich premii. Znalazłam inną pracę i chciałam odejść w normalny sposób. Miałam trzymiesięczny okres wypowiedzenia, ale poprosiłam o możliwość odejścia po półtora miesiąca. Obiecałam przygotować wszystko na wyprzedaż i przekazać obowiązki. Początkowo się zgodzono, jednak przy podpisywaniu wypowiedzenia usłyszałam, że muszę zostać pełne trzy miesiące. Nie było możliwości negocjacji, a nowy pracodawca nie mógł tyle czekać. Mimo że firma miała półtora miesiąca na rekrutację, zajęła się tym praktycznie w ostatnich dniach. Sklep przez miesiąc funkcjonował bez kierownika. Ostatecznie musiałam poinformować, że nie wrócę do pracy. Było to bardzo niekomfortowe, bo chciałam się po prostu dogadać, ale nie mogłam stracić nowej szansy zawodowej. Po prawie siedmiu latach sposób, w jaki firma się ze mną pożegnała, pozostawił ogromny niesmak.
Osobną kwestią są wynagrodzenia. W 2023 roku moja pensja jako kierownika sklepu wynosiła 3300 zł, bez żadnych premii (gdzie w innej firmie na tym samym stanowisku dla porownia dostałam 1500 zł wiecej). Zastępca kierownika zarabiał około 400 zł więcej niż sprzedawca. Trudno uznać to za adekwatne do odpowiedzialności za sklep i zespół. W ciągu jednego roku przeszłam ze stanowiska asystenta na zastępcę kierownika, a następnie zostałam kierownikiem, ponieważ dotychczasowa kierowniczka była w ciąży. W styczniu usłyszałam, że dostanę tylko 100 zł podwyżki, ponieważ w poprzednim roku otrzymałam już dwie. Tyle że wynikały one ze zmiany stanowisk, a nie z dodatkowego docenienia mojej pracy. Awansowałam i brałam na siebie coraz większą odpowiedzialność, a później potraktowano te awanse tak, jakbym wykorzystała już limit podwyżek. Kierowniczka z innego sklepu, której do umowy na czas nieokreślony brakowało kilku miesięcy, starała się o kredyt, poprosiła o wcześniejsze podpisanie umowy. Usłyszała, że musi wybrać: albo umowa na czas nieokreślony, albo podwyżka. Dla mnie to kolejny przykład podejścia, które trudno zrozumieć.
Mam kontakt z osobami, które pracowały w LPP jeszcze po moim odejściu. Z ich relacji wynika, że wynagrodzenia wzrastały przede wszystkim wraz ze wzrostem płacy minimalnej, a nie w ramach rzeczywistego doceniania doświadczenia i odpowiedzialności.
Nie wszystko wspominam źle. Miałam wspaniałych współpracowników i przez większość czasu trafiałam na dobrych kierowników regionalnych. To właśnie ludzie sprawiali, że zostałam w firmie tak długo.
Podsumowując: coraz większe wymagania, coraz mniej pracowników, ograniczanie godzin, presja na produktywność i brak elastyczności. Do tego wynagrodzenia nieadekwatne do odpowiedzialności i organizacyjny bałagan. Potencjał i ludzie naprawdę byli. Niestety, dobre wspomnienia nie wystarczą, kiedy codzienna rzeczywistość staje się coraz trudniejsza. Pozostał niesmak i poczucie, że firma, której poświęciłam tyle lat, nie potrafiła pożegnać się ze mną w odpowiedni sposób.
Nie wiem czy cos się zmieniło, obstawiam że niewiele. Z miesiaca na miesiac było tylko co raz gorzej. Ale moze wydarzyl sie tam jakis cud przez ostatnie 2 lata.