Pracowałem przez jakiś czas nie tak dawno w Biedronce (nie było to miasto wojewódzkie) jako zwykły kasjer i z tego co czytam nic się nie zmieniło. Mam nadzieję, że opinia nie zostanie usunięta w najbliższym czasie i nowi pracownicy bądź kandydaci na to stanowisko wyrobią sobie opinię.
Najważniejsze oczywiście są pieniądze i to główny powód, dla którego idzie się do pracy. Zwykły kasjer w tamtym roku miał około 2200-2400 przy wyrobionych 100%. Starczył jeden dzień nieobecności i premia zmniejszona o bodajże 100 zł. Dodatkowo absurdalna kwota bodajże 80 albo 100 zł za wyrobione 100% normy w sprzedaży podczas miesiąca. Tak jakbyśmy byli zależni w 100% od sprzedaży, a przecież to nie my ustalamy ceny czy promocje na dane produkty. Pamiętam jak brakowało nam jakieś 0,2% do 100% i oczywiście brak premii. Robisz na 2-3 zmiany i dostajesz 2200 niezależnie od stażu jaki posiadasz. Trochę wieje brakiem szacunku dla pracowników ze starszym stażem. Starszy kasjer dostawał bodajże 200 zł od zwykłego kasjera. Szczerze? Za taką "gigantyczną podwyżkę" dostaje się więcej obowiązków, a co za tym idzie, większą odpowiedzialność. Jedno słowo sili się na usta - wyzysk.
Dodatkowo wieczny problem z pracownikami. Bywały momenty, w którym musieliśmy dać radę w czwórkę w wysoko obrotowym sklepie, co oznaczało pospieszanie, krzyki i niepotrzebny stres, bo jutro kierownik na rano ma zmianę i zobaczy nieład na sali sprzedażowej. Sklep potrafił być sprzątnięty w 2 godziny, robiąc przy okazji jak na akord i będąc bardziej zmęczonym niż po intensywnej gierce na orliku. Bywały momenty 7-8 pracowników na zmianie i dało się normalnie pracować, oczywiście takie sytuacje miały miejsce zdecydowanie rzadziej i na zmianie zazwyczaj było 4 pracowników + z/ca kierownika/kierownik. Warto odnotować, iż duża liczba pracowników równała się jednoznacznie z przeniesieniem kilku pracowników do innych pobliskich sklepów w mieście. Grafik zmieniany wiele razy, czasem gubiłeś się z aktualną wersją grafiku. Pierwsze zmiany były łatwiejsze, mniejszy ruch oraz zazwyczaj więcej pracowników na zmianie. 480h do wyrobienia w ciągu 3 miesięcy pracując na cały etat. Czasem robiłeś jak wół przez 2 miesiące, aby w trzecim więcej odpoczywać. Co kto lubi.
Ekipa, z którą pracowałem raczej była w porządku, chętni do pomocy, w sumie w późniejszym czasie również nie miałem problemu aby pomóc drugiej mniej doświadczonej osobie. Z niektórymi pracownikami się nie dogadywałem, więc większych relacji nie próbowałem budować, co najwyżej "cześć" i "do jutra". Starsi pracownicy mieli problem głównie z przypisywanymi obowiązkami. Nie za bardzo przepadali chociażby za wiecznym wykładaniem non-foodu(zabawki, garnki i inne chińskie rzeczy) na półki sklepowe bądź będąc "specjalistą" na zmianie. Nowi pracownicy siadali zazwyczaj na kasę i o to głownie się rozchodziło. Czasem miało się wrażenie, że siedzenie na kasie = odpoczynek. Nic bardziej mylnego. Pytanie chociażby o kartę biedronki było męczące. Klient czasami zapominał o niej jak również ja, w koszu mając produkty objęte promocją z kartą MB. Kilka minut później przychodzi taki klient widząc niezgodność na paragonie z ceną nad produktem w sklepie i żąda zwrotu. Problemy narastają, bo osoba rządząca na zmianie musi przyjść do ciebie z możliwością zrobienia zwrotu przerywając jej pracę, robią się niepotrzebne kolejki, a zarazem na koniec dnia kierownik potrafi ci przypomnieć o obowiązkach kasjera. Potrafiły się psuć kasy, brak kodów kreskowych na produktach i żebranie o drobne. Kasetka zazwyczaj na start nie była bogata w banknoty i bilon, więc często przytrafiały się problemy z wydaniem reszty. Problemem były zbyt rzadkiej ilości zasilenia.
Praca z klientem? Coś okropnego, ale cenne doświadczenie. Zawsze trafiał się chociażby jeden klient na dzień mający pretensje. Zazwyczaj ludzie byli mili. Czasem klientom brakowało szacunku, nie odpowiadając na proste dzień dobry. Może to z powodu różnicy wieku? Takie rzeczy, o których w teorii możesz powiedzieć, że są błahostką. Klienci potrafili zostawić mięso czy wędliny otwarte przy kasie, nie wspominając o lodach. W pozostawionym koszyku można było natomiast napotkać rozsypany cukier czy otwarty jogurt. Klienci rzadko czytali ze zrozumieniem ulotki oraz promocje na produkty. Potrafili rozerwać jedno opakowanie jogobelli z 10-paka, który tylko w takiej postaci będzie sprzedawany. Śmieszne co się działo kilka godzin po rozłożeniu warzywniaka. Jeden wielki sajgon, walające się liście od kalafiora czy rzodkiewki oraz rozjechane koszem cytrusy. Ciężko było zapanować nad porządkiem przy takiej ilości pracowników przy oczywiście dużej ilości klientów, których mieliśmy praktycznie na co dzień. I na koniec, nie bierzcie 10-12 godzinnych zmian. Jeżeli nie siadasz na kasie w dany dzień, potrafisz wyrobić 10 km w ciągu 8 godzinnej zmiany. Proponuję zatem dać pracownikom wrotki.
Pracę polecę studentom bądź zdesperowanym ludziom szukających na "już" pracy.