Tego lekarza nie da się ocenić pozytywnie. Niezrozumiałe jest jak ktoś taki może pełnić funkcję ordynatora oddziału kardiologicznego w szpitalu, nawet jeśli założymy, że jest dobry w swoim fachu. Przecież ten człowiek z lubością pastwi się nad starszymi, schorowanym i uzależnionymi od niego pacjentami szpitala, często doprowadzając ich do płaczu. Już na izbie przyjęć pyta pacjenta czy przyszedł sobie tutaj poleżeć i wybija mu z głowy długie leżenie, informując, że na jego oddziale, długo sobie nie poleży. Bulwersuje Go już sam fakt, że inny lekarz ośmielił się podjąć decyzję o konieczności hospitalizowania pacjenta. Pyta, ale nie pozwoli odpowiedzieć na pytanie. Sam wie najlepiej jak pacjent się czuje, a jeśli żle, to z pewnością jest sam sobie winny, bo winny jest już w momencie, gdy tylko trafił na jego oddział. Każda próba wypowiedzenia zdania przez pacjenta, jest natychmiast przerywane, np. tekstem "teraz ja mówię". Krzyczy na pacjentów, rzuca ich dokumentacją medyczną, a niektóre pielęgniarki pozwalają sobie na podobne zachowania, bo przykład idzie z góry. Pacjentowi po siedemdziesiątym roku życia, z ciśnieniem 100/50 (wcześniej 237/90), pielęgniarka odpowaida, że ona z takim ciśnieniem rodziła dziecko i nieważne, że starsza osoba ma problem z chodzeniem, jest osłabiona, ma opchnięte i drętwiejące nogi. To tylko nieistotne wymysły i kwalifikuje się ją do wyjścia do domu, bo żle trafiła. Powinna trafić na neurologię, na której była już dwukrotnie (w ub. roku) i tam również dowiedziała się, że niewłaściwie trafiła, ale to nikogo już nie obchodzi, bo nikt nie chce słuchać. Pacjenta należy się szybko pozbyć, bo zawraca głowę specjaliście, stworzonemu do wyższych celów. Włąściwym dla niego miejscem jest chyba już tylko cmentarz, bo nie wiedzieć czemu, pęta się jeszcze po tym świecie i szuka przyczyny swoich dolegliwości, powodujących drastyczne skoki ciśnienia, puchnięcie kończyn i problemy z chodzeniem.
Rozgoryczona córka pacjenta.