Firma krakowskiego biznesmena poddała się. Nie pokona dominacji Poczty Polskiej (info z 24-04-2015).
Po przejęciu od Poczty Polskiej kilku lukratywnych zleceń InPost Rafała Brzoski miał szansę zadać jej ostateczny cios i odebrać dominującą pozycję na rynku. Niespodziewanie firma zrezygnowała jednak z walki o wart 3 mld złotych kontrakt na tzw. operatora wyznaczonego.
Ostatnie kilkanaście miesięcy to dla Rafała Brzoski pasmo światowych sukcesów. Jego paczkomaty zyskiwały popularność nie tylko w Europie (m.in. w Czechach, Irlandii, we Włoszech czy Wielkiej Brytanii), ale też w Australii, Chile, Kolumbii, Kostaryce, Arabii Saudyjskiej, a nawet w Gwatemali.
Nie gorzej Brzosce wiodło się w Polsce. InPost odebrał Poczcie Polskiej m.in. zlecenie na dostarczanie listów z ministerstw, urzędów centralnych i urzędów wojewódzkich (kontrakt wart 33 mln zł) czy obsługę KRUS (prawie 23 mln zł).
Największą wygraną było jednak zdobycie (wspólnie z Polską Grupą Pocztową i RUCH-em) wartego 500 mln zł zlecenia na dostarczanie przesyłek z sądów i prokuratur. Tym samym InPost z niewielkiego doręczyciela wyrósł na realne zagrożenie dla pozycji Poczty Polskiej.
To doprowadziło do wybuchu prawdziwej wojny. Poczta na wszelkie możliwe sposoby starała się udowodnić, że prywatni operatorzy nie są w stanie wypełnić warunków kontraktu. Rozstrzygnięcie przetargu zaskarżyła w sądzie. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że specjalnie zatrudniła także firmę detektywistyczną i PR-owską, która śledziła potknięcia operatorów, żeby następnie nagłośnić je medialnie.
– To insynuacje, niemające potwierdzenia w rzeczywistości – zapewnia jednak Zbigniew Baranowski, rzecznik prasowy PP. Po gorących tygodniach, w których media niemal codziennie donosiły o problemach InPostu, PGP i RUCH-u z doręczaniem przesyłek, sprawa szybko ucichła. W dużej mierze dzięki poprawie jakości usług. Choć jak wskazuje raport Urzędu Komunikacji Elektronicznej, nadal stwierdzane są liczne problemy z terminowością dostarczenia przesyłek, ich poprawnym oznaczeniem i doręczaniem.
Kontrowersje wokół InPos-tu rozgorzały na nowo kilka tygodni temu, ale już z zupełnie innego powodu. Tym razem przy okazji konkursu na tzw. operatora wyznaczonego na lata 2016–2025, czyli walki o kontrakt sięgający 3 mld zł. Operator wyznaczony ma obowiązek dostarczania listów na terenie całego kraju przez przynajmniej pięć dni w tygodniu. Musi też zapewnić dostęp do swych oddziałów nawet w miejscowościach, w których placówki są nierentowne. W zamian jego usługi są zwolnione z VAT (przez co ma potężną przewagę nad konkurencją), a w razie problemów może liczyć na pomoc państwa.
Obecnie operatorem wyznaczonym jest Poczta Polska, prowadząca ponad 7,8 tys. placówek w całym kraju i zatrudniająca około 80 tys. osób. Jeżeli straci uprzywilejowany status, utrzymanie tak gęstej sieci oddziałów i tylu pracowników stanie się nierealne. – Pracę mogłaby stracić nawet połowa załogi – ocenia Jan Guz, przewodniczący Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych. Dlatego związki zaczęły domagać się, żeby w przetargu na operatora wyznaczonego wziąć pod uwagę tzw. czynnik społeczny.
W tym przypadku fakt, że Poczta zatrudnia pracowników na etatach, a Rafał Brzoska głównie na umowach śmieciowych. Sebastian Anioł, obecny prezes InPost, przekonuje, że firma powinna być oceniana przede wszystkim pod kątem jakości usług, oferowanych cen i warunków współpracy.
– Pamiętajmy, że to właśnie konkurencja ze strony InPost zmusiła Pocztę Polską do zwiększenia jakości i obniżenia cen na rynku usług masowych – wytyka Sebastian Anioł. Takiej konkurencji państwowy gigant nie będzie jednak miał w walce o status operatora wyznaczonego. InPost zrezygnował z ubiegania się o status, który na lata dałby mu szansę rozwoju i względnej stabilizacji finansowej. – InPost nie będzie brał udziału w przetargu, który został tak ustawiony, żeby mogła go wygrać tylko jedna firma – mówią przedstawiciele InPostu.
W czym konkretnie tkwi problem? Karolina Błauciak, redaktor naczelna portalu „Rynek Pocztowy”, zwraca uwagę, że zgodnie z wymogami konkursowymi już w momencie złożenia oferty firma musi być w pełni gotowa do świadczenia usług operatora wyznaczonego. To znaczy, że Inpost musiałby m.in. już w tej chwili otworzyć setki nowych placówek i na własny koszt je utrzymywać przynajmniej do rozstrzygnięcia konkursu.
– Ze względu na te wymogi, które tylko Poczta Polska jest w stanie spełnić, można powiedzieć o jej faworyzowaniu – uważa Karolina Błauciak. W konkursie na operatora wyznaczonego wystartowała za to należąca do Rafała Brzoski Polska Grupa Pocztowa. Spółka (przejął ją w tym roku) otwarcie przyznaje, że nie spełnia wszystkich wymagań konkursowych, ale chce zwrócić uwagę na nieprzychylne zapisy konkursu. Jakie będą konsekwencje wyboru Poczty Polskiej na operatora wyznaczonego