Ja się niczego nie boję, bo na Pocztę patrzę przez pryzmat cykli koniunkturalnych w gospodarce, a nie cykli wyborczych. Moją siłą jest skuteczna realizacja strategii Poczty i zaufanie ludzi. Co do pana ministra, to poznałem go dopiero, gdy zostałem prezesem. Ryzyko zmiany właściciela istnieje zawsze, również w firmie prywatnej. Gdy zaczynałem pracować w sektorze bankowym, średni czas bycia prezesem banku wynosił pięć lat, dziś jest to około dwóch lat. Nowy właściciel może mieć inne spojrzenie, ale jeśli rozumie, że przyszłością poczty są paczki i usługi kurierskie, szybka i sprawna obsługa klientów, również tych pozyskiwanych dzięki naszemu serwisowi internetowemu i również tych zainteresowanych bankowością i ubezpieczeniami, to nie będzie wszystkiego wywracał, bo w ten sposób stracimy tylko rozpęd, czas i pieniądze.
Poczta nie jest ani PO, ani SLD, ani żadnej innej konkretnej partii. Jesteśmy jak mała Polska: 80 tysięcy pracowników to z rodzinami około 350 tysięcy ludzi, czyli średniej wielkości miasto wojewódzkie. Ja hołduję idei ekumenizmu – bo interesuje mnie tylko to, co możemy zrobić dobrego dla firmy, a nie to, jak kto głosuje w referendum czy wyborach.
Przejście z rynku komercyjnego do państwowej firmy zawsze jest jakimś szokiem. Co Pana najbardziej zaskoczyło w Poczcie?
Na początku miałem wątpliwości, czy się odnajdę. Moje wcześniejsze doświadczenia z Pocztą nie były najlepsze – ścigałem listonosza, który uparcie wrzucał mi awiza do skrzynki w czasie, gdy byłem w domu. Z drugiej strony, miałem trochę doświadczenia w porządkowaniu państwowych firm. Ponieważ przychodziłem z mBanku, czyli najnowocześniejszego internetowego banku na rynku, to pamiętam, że na początku zapytałem o e-usługi, jak je robimy.
Ówcześni dyrektorzy powiedzieli mi, że jeszcze jest na nie za wcześnie, choć wszyscy w Europie je już robili, poza tym w firmie nie ma zgody na oferowanie klientom usług internetowych, bo one oznaczają utratę miejsc pracy, na co nie zgadzają się związki. Nie rozumieli, że jeśli my nie zaoferujemy możliwości wysyłania kartek albo listów poleconych z internetu, to zrobi to ktoś inny. Poszedłem do związków, a oni zdziwieni powiedzieli, że pierwszy raz o tym słyszą i nikt ich wcześniej o usługi w internecie nie pytał. Wykorzystałem to i stworzyłem nową strategię odnośnie do e-usług.
Zapowiadał Pan, że w 2015 roku znikną kolejki na poczcie.
I znikają. Klienci coraz rzadziej przychodzą na pocztę odebrać przesyłki, bo premiujemy listonoszy, którzy doręczą ją do rąk własnych, a nie zostawią awizo. Otwieramy kolejne samoobsługowe strefy klientów czynne 24 godziny, do końca przyszłego roku chcemy ich otworzyć 200. Do tego dochodzi naturalny proces spadku liczby wysyłanych listów, na przykład dlatego, że przedsiębiorcy już nie muszą co miesiąc komunikować się z urzędem skarbowym – robią to drogą elektroniczną.
No dobrze, ale kolejki nadal są.
Powstają w momencie kumulacji klientów, do których dochodzi rano i po południu. Nie mogliśmy nic z tym zrobić bez przeprowadzenia zmian w układzie zbiorowym. Dogadaliśmy się z pracownikami i teraz będziemy mogli elastycznie zmieniać godziny ich pracy, tak by lepiej się dostosować do ruchu klientów na poczcie. Problemem był też system komputerowy, w Poczcie istniało 720 baz danych, przechodzenie między nimi często zawieszało system. Teraz wdrożyliśmy nowy system, pocztowcy będą pracowali w bardziej intuicyjnym i dotykowym menu.
Dużo naszych usług jest już także dostępnych w sieci. Mamy np. e-awizo, czyli możliwość otrzymywania SMS-em lub e-mailem informacji o nadejściu listu poleconego. Dzięki naszej platformie Envelo możemy kupić znaczki przez internet, nadać list, wysłać kartkę pocztową. Sprzedawcy internetowi, czyli ci, którzy wysyłają najwięcej paczek, mogą je rejestrować w naszym systemie i potem tylko zostawić w placówce. Już niedługo pojawi się nowy produkt, neopaczka, dzięki któremu również opłacimy ją online. Inny sposób to wydłużanie czasu pracy wielu placówek, by dostosować godziny ich funkcjonowania do rzeczywistych potrzeb klientów.
Mnie cieszy, że gdy przychodziłem do Poczty, działalność związana z obsługą klientów była niedochodowa, co roku musieliśmy dopłacać do niej 400 mln złotych. Dziś jesteśmy na zero. I nie osiągnęliśmy tego, zamykając placówki, ale zmniejszając ich zaplecze. Na przykład poczta przy placu Konstytucji w Warszawie miała straty, a kiedy przenieśliśmy ją do mniejszego lokalu, na ulicę Poznańską, zaczęła zarabiać. Przechodzimy przez to, przez co przechodziły banki, i tak jak w bankach kolejki znikną.
Podobno pocztowcy narzekają, że muszą sprzedawać kredyty.
To nieprawda, tylko informują o takiej możliwości. W sytuacji, w której uciekają nam przychody z podstawowej działalności, musimy szukać wzrostu sprzedaży w innych mi