"PRACA NA POCZCIE czyli JAK SZYBKO POZBYC SIE DOBREGO PRACOWNIKA
18go października rozpocząłem prace na poczcie! Wspaniała praca - kontakt z klientem, świeże powietrze... listy, torba, kurtka... cóż może być trudnego i ciężkiego?
Wcześniej, przez prawie 7 lat byłem Guest Relation managerem w 4gwiazdkowym hotelu w Sharm El Sheikh w Egipcie (dbałem o kontakt z gośćmi i ich dobrym wypoczynkiem . Opiekowałem Sie wszystkimi : polakami, rosjanami, anglikami i nawet egipcjanami... nie było to trudne, ale wymagało elokwencji, błyskotliwości, zaradności i znajomości wszystkich tych języków... Dawałem rade... ba! byłem chyba nawet najlepszy... opinie w Internecie na Moj temat nie pozwalały myśleć inaczej... byłem "bogiem" i umiałem, załatwić wszystko... (Ludzie mnie kochali)
Dlaczego raptem mieliby mnie nie pokochać na poczcie... współpracownicy i klienci? bulka z masłem...
Przeszedłem szkolenie w głównej siedzibie firmy w Katowicach.
Super! milo , przyjemnie i tym bardziej upewniłem Sie, Iz jest to praca moich Marzen... może ciut zniechęcająca była pensja, ale... te słynne napiwki z emerytur... Dam rade!
Pierwszy dzień w pracy był całkiem miły... dostałem wózek... torbę... i dziewczynę z którą miałem "ogarnąć" rejon i rozdać dobrym ludziom ich listy. Trochę zdziwiło mnie, ze wszyscy na poczcie są tacy sobą zajęci... generalnie smutni...małomówni i chyba nawet źli i obrażeni..., ale może cos mi się wydaje... może to ja jestem zbyt entuzjastyczny i pełny wigoru...no...zobaczymy
Rejon był okropny... Głowna ulica Zwycięstwa w Gliwicach...mnóstwo firm...znanych i nieznanych, niektórych nikt nie znal, inne nigdy tam nie były...
Wydawało mi Sie, ze mam dostarczać listy pod "wskazany adres" a nie błąkać Sie i pytać wszystkich :"gdzie jest ta firma"? "gdzie jest ten numer?" niektóre numery były zagadka dla samych mieszkańców - po numerze 7 jest 15, a po nim 11a, natomiast 11b jest przed numerem 7, w oficynie... z tym , ze do mieszkań od numery 7 wchodzi Sie przez oficynę numer 11c i trzeba uważać, by nie zatrzasnąć drzwi głównych, bo wtedy wyjdzie Sie na inna ulice... a drugi raz nikt juz domofonu nie otworzy... Domofony! to ci dopiero koszmar listonosza - sa główne kody...ale nie wszędzie...sa stare domofony , gdzie trzeba dzwonić konkretnie pod adres...gdy adresy z listow sie wyczerpią i nikt nie otworzy - trzeba dzwonić wszędzie, a wtedy mozna usłyszeć niemile rzeczy...i nie zostać wpuszczonym "co będę Pana wpuszczac jak nie ma pan listu do mnie" albo "mam male dziecko! czemu pan do mnie dzwoni"... znienawidziłem domofony...bardzo...
na drugi dzień nastał... deszcz . Okropny i padający od rana do wieczora... mokre miałem wszystko - od butów i skarpetek , na... majtkach kończąc. To był bardzo , ale to bardzo zły dzień, który dal mi w kość i zapalil pierwszy raz lampkę z napisem "praca listonosza nie jest taka jak myślałem"
Na trzeci dzień zmieniono mi rejon - Jako nauczycielkę dostałem doświadczoną i przecudowna Panią Henie - Jeżeli pracodawca miałby być dumny z jakiegoś pracownika , to właśnie z tej kobiet! Była genialna i mega sympatyczna, a przede wszystkim - fachowiec! nauczyła mnie wszystkiego i to bardzo dobrze. Wszystko czego się nauczyłem na poczcie zawdzięczam jej.
Po szkoleniu z Mega-Henia dostałem swój rejon, on tak naprawdę nie był moj , ale zapowiadał się, ze długo będzie, bo listonosz, którego miałem zastąpić był bardzo chory. Rejon numer 17. Potrzebowałem 2 tygodni by go okiełznać...by poznać wszystkie zakamarki i adresy... najpierw kończyłem kolo 17ej...potem potrafiłem o 14ej , doręczając wszystko, a przy okazji zaprzyjaźniając Sie z klientami. Mam wrażenie, ze ludzie mnie polubili... poznałem wszystkich "liczących Sie" mieszkańców rejonu - "pana Janka - szefa półswiatka, który wie wszystko o wszystkich, bussineswoman, do której miałem tony listów..., mnóstwo miłych ludzi i jednego wrednego chama ...ale to juz nie wina poczty , ze chamy sa na świecie....
Gdy rejon juz ogarnalem, po mniej wiecej 2 tygodniach dostałem tablet, przekazy i ... rozbiórkę..,. najpierw Sie ucieszyłem, ze Poczta mi ufa i wierzy w moje możliwości, ale gdy z ta "rozbiórką" kończyłem o 19ej zacząłem mieć wątpliwości - czy to jest zaufanie i docenianie, czy zwyczajny wyzysk . Pożyczyłem auto od kuzyna bo piechota nie dałbym rady tego wszystkiego zrobić... , ale poczta nie zwracała mi za benzynę, bo auta nie moja, a do tego w leasingu... no nieważne... ważne, żebym był lepszy i pracował dobrze i czul Sie wspaniale... i tak było...
Na poczcie byłem lubiany... zupełnie inny, niz. wszyscy... oprócz jednej sfrustrowanej pani Gabrysi, która wydzielała listy na spedycji...
Gdy skończyłem segregować listy i poszedłem po polecone - grzecznie spytałem "czy mogę Sie o cos spytać" , usłyszałem "nie!", po odczekaniu 2 minut