Poczta ma koszmarnie zawiły system (oprogramowanie) służący do pracy, bardzo trudny w opanowaniu. Jest bardzo dużo usług i czynności do nauczenia. Brak kompleksowego szkolenia rodzi konieczność przeszkadzania koleżankom w pracy ciągłymi pytaniami, za co dostaje się od nich opieprz. Sfeminizowane środowisko daje w efekcie siedlisko żmij.
Gdyby spojrzenia mogły zabijać, to już w pierwszych trzech dniach szkolenia byłabym trupem.
Nie wolno mówić, co ci leży na sercu, bo zacznie się (usunięte przez administratora) W moim przypadku zapytałam w cztery oczy jedną z kontrolerek, czy jest możliwe, żeby zakazać trzymania w szafkach ubraniowych przepoconego obuwia, przez co wiszące tam przez całą noc ubrania służbowe prześmiardają. Obok zaś stała ogromna szafka, w której było tylko kilka rolek papieru toaletowego i którą można było udostępnić na obuwie. Niestety dzieliłam szafkę z jej faworytą, która to wstawiała tam te buciory. Nic nie wskórałam, a stałam się obiektem szykan. Od razu okazało się, że dostaję najgorszą robotę, wszystko robię źle i nie pasuję do zespołu.
Kolejna wada to pocztowa akwizycja. Poczta wcale nie szuka pracowników, lecz akwizytorów. Nieważne jak długa jest kolejka. Może stać i 30 osób, a ty masz obowiązek proponowania każdemu klientowi ubezpieczeń, gazet, książek, portfeli, zniczy, długopisów i innego badziewia. Czujesz się jak przekupka na bazarze, albo (usunięte przez administratora) na ulicy wciąż narzucająca się klientom. Progi sprzedaży są ustalone na tak wysokim poziomie, że trzeba mnóstwo szczęścia, by je wyrobić. Dobre chęci tu nie wystarczą. W efekcie wyrabia je tylko ten, kto siedzi najbliżej towaru wystawionego na sali i oglądanego przez znudzonych czekaniem klientów. Reszta dostaje comiesięczny opieprz za ich niewyrobienie i nie dostaje premii, co jest uciążliwe, bo płace są bardzo niskie. Gdy towar nie schodzi, pracownicy muszą go kupować sami z własnych pensji, w trybie ustnego polecenia służbowego. Mimo niskich pensji pracownicy mają ogromną odpowiedzialność. Za złe wydanie listu sądowego, np. mężowi, żonie, a nie adresatowi, pracownik płaci karę 2000 zł według rozporządzenia ministerialnego. Gdy wyda paczkę pobraniową, zapomniawszy o pobraniu kwoty pobrania lub opłaty uiszczanej przez adresata, płaci za nią sam, czasem kilkaset złotych. Gdy się pomyli w dodawaniu nominałów znaczków (a trzeba je dodawać, gdyż wielu nominałów brak) lub przeoczy list zagraniczny w stercie krajowych i za mało znaczków policzy, musi dopłacić różnicę z własnej kieszeni. Zdarza się to nawet doświadczonym pracownikom. Przeciążenie pracą jest ogromne, gdyż jest za mało etatów, brakuje pracowników i stoją kolejki po 20 osób. Ale nikogo to nie obchodzi poza klientami. Często brak czasu, by wyjść na przerwę, coś zjeść i się napić. Pracownicy pracują więc pod presją, w ogromnym stresie i wypieki na ich twarzach nie są bynajmniej wywołane spożyciem alkoholu. Ten stres powiększa jeszcze comiesięczna wizyta tajemniczego, złośliwego klienta, wysyłanego z centrali w celu sprawdzania pracowników. Ten ma umyślnie źle zaadresowany list i przy okazji sprawdza, czy pracownik wywiązuje się z zadań akwizycyjnych, czy mu będzie proponował towary i ubezpieczenia pomimo tej długiej kolejki. Jak nie, to nagana murowana. Poza tym obsługuje się klientów zdenerwowanych długim czekaniem i źle nastawionych, mających do obsługi pretensje, że listonoszowi nie chciało się wejść na piętro, pomimo że byli cały czas w domu, albo nie wiedzących, czego sami chcą. Dotyczy to zwłaszcza sprzedających na Allegro, którzy przy wysyłaniu paczki często nie wiedzą, co jest nazwą ulicy, co miejscowości, a co poczty. Wtedy bezczelnie żądają, by pracownik to wszystko wiedział o każdej zapadłej dziurze w Polsce. Nawet tym wkurzonym klientom trzeba proponować towary. System pracy leży i kwiczy. Ponumerowane listy zamiast zostać ułożone wszystkie w kolejności rosnącej, są dzielone na różne szuflady według kategorii, przez co wzrasta trudność ich odnalezienia. Szukasz listu wg numeru i kategorii, w której powinien być, a tam go nie ma. Zdarza się to nieustannie. Wtedy szukasz go w innej szufladzie i kategorii, a tam też go nie ma, wtedy w kolejnej, a tam też nie ma. No to może wylądował w szufladzie z dużymi listami. Niestety i tam go nie ma. Pot ci już płynie z nerwów po plecach, klient czeka już na odbiór listu 20 min. wkurzony, a ty musisz ten list znaleźć. No to w desperacji wracasz do pierwszej szuflady, by przejrzeć wszystkie 60 listów po kolei, bo może został źle ponumerowany, albo źle, nie w kolei rosnącej, włożony. Jeśli list nadal się nie znajdzie, masz obowiązek szukać go jeszcze raz po pracy. Bezsilność poraża.