Sparaliżował pracę sądów i prokuratur w całym regionie. Ruszył proces mężczyzny podejrzewanego o ukrycie 27 tysięcy przesyłek. W zamian za ich wydanie miał żądać ponad miliona złotych zapłaty.
24 października w Sądzie Rejonowym w Świdnicy powtórnie ruszył proces mieszkańca Dolnego Śląska Jacka B., który był ajentem firmy pocztowej InPost.
W ramach podpisanej umowy od 2011 roku obsługiwał kilka punktów na terenie kraju. Współpraca skomplikowała się w 2014 roku, gdy firma InPost niespodziewanie wygrała przetarg na dostarczanie przesyłek z sądów i prokurator. – Nie byliśmy na to przygotowani – mówił Jacek B. przed sądem w kwietniu 2015 roku. – Panował chaos, nie mieliśmy punktów w małych miejscowościach, trzeba ich było szukać, zmieniano wskaźniki, brakowało pracowników, a ryczałt nie wystarczał na obsługę.
Nie przyznaje się
Proces świdniczanina ruszył przed sądem po raz pierwszy trzy lata temu. Wtedy Sąd Rejonowy skazał mężczyznę na dwa lata pozbawienia wolności w zawieszeniu na cztery. Podczas rozprawy B. nie chciał składać wyjaśnień. Mówił tylko, że nie przyznaje się do winy. Z odczytanych przez sędzię Iwonę Kowalik wyjaśnień składanych przez oskarżonego podczas dochodzenia wynika, że firma w zamian za spełnienie oczekiwań i zorganizowanie w nowych warunkach dostawy przesyłek obiecała zapłatę. Ale nie wywiązała się z obietnic. W tym czasie B. prowadził dystrybucję na terenie Opola, Brzegu i Świdnicy. – Umowę realizowałem, zatrudniłem nowych pracowników za zgodą przełożonego, ale pieniędzy na to nie dostałem – wyjaśniał. – W Brzegu rozpoczął się protest. Gdy tam przyjechałem, ludzie chcieli mnie bić.
B. wyjaśniał przed sądem, że informował swoich przełożonych o tym, iż chce zrezygnować ze współpracy, ale oni nie reagowali. Nie chcieli też odebrać niedostarczonych przesyłek, które się gromadziły. W końcu zaczęły one ginąć. Ich brak stwierdzono 14 kwietnia 2014 roku w Świdnicy i Brzegu. A trzy dni później – 17 kwietnia przedstawiciel InPostu dokonał zgłoszenia na policję. Rozpoczęły się poszukiwania zaginionych listów. Były to nie tylko pisma sądowe i prokuratorskie, ale także powiadomienia bankowe czy telekomunikacyjne. 20 maja przesyłki nagle pojawiły się w Świdnicy w jednym z magazynów. Prokurator połączył ten fakt z Jackiem B. Mężczyzna żądał bowiem wcześniej od InPostu miliona złotych za ich zwrot.
Mieli się wzbogacić
Z wyjaśnień oskarżanego wyłonił się obraz tego, jak wyglądała obsługa po wygraniu przetargu na dostarczanie przesyłek sądowych i prokuratorskich przez Polską Grupę Pocztową w 2014 roku, w skład której wchodziły właśnie InPost i sieć Ruch. Podobny problem pojawił się w całej Polsce. Oskarżony twierdził, że spółka nie była dostatecznie przygotowana do realizacji zlecenia. Zatrudniała przypadkowe osoby. – Na spotkaniach przedstawiciele InPostu mówili nam, że to przetarg, na którym się wszyscy wzbogacimy – mówił podczas rozprawy Jacek B. – Zachęcali do współpracy i wiele obiecywali. W praktyce było jednak inaczej. Zawiadomienia sądowe i prokuratorskie nie trafiały do adresatów na czas, co blokowało sprawne prowadzenie postępowań. Od 2016 roku do współpracy wróciła Poczta Polska.
Sędzi Kowalik nie przekonała jednak linia obrony Jacka B., który mówił w śledztwie, że przesyłki ukryli pracownicy, bo nie mógł im wypłacić pensji, a on sam prosił tylko InPost o uregulowanie należności wobec swojej firmy, które wynosiły już wtedy 1,5 miliona złotych.
W 2017 Jacek B. roku usłyszał wyrok skazujący. Wskutek wzniesionej przez jego obrońcę apelacji został on uchylony i sprawa ponownie trafiła do Sądu Rejonowego w Świdnicy, 24 października proces rozpoczął się ponownie. Niestety oskarżony nie stawił się w sądzie. Sędzia Marek Żurawski po odczytaniu aktu oskarżenia przerwał przewód sądowy.