O VEO, czy też o AXIS/KATRADE można opowiadać długo. Firma istnieje na rynku od dwóch lat, jest to francusko-rumuńska korporacja, która kiedyś miała potencjał być całkiem spoko miejscem, ale… no właśnie…
Podejmując pracę w VEO podejmujecie pracę w call center, chociaż na rekrutacji wam tego nie powiedzą. Wykonywanie targetu telefonicznego to podstawowy cel każdego pracownika i ostatnimi czasy ważniejszy niż target na kasę (dzwonienie ważniejsze niż zarabianie dla firmy? o ironio!).
Na początku, każdy pracownik przechodzi przez miesięczne szkolenie szumnie określane mianem "szkolenia z handlu międzynarodowego". W praktyce jest to szkolenie z obsługi CRM, ponieważ prowadząca szkolenie, podobnie zresztą jak kadra kierownicza, nie ma bladego pojęcia o zagranicznych rynkach obsługiwanych w oddziale w Katowicach. Przez miesiąc pracownik poddawany jest praniu mózgu i karmiony gadkami o wartościach, które rzekomo wyznaje ta firma, co piątek drżąc ze strachu, czy go z tego szkolenia nie wykopią.
Po szkoleniu rozpoczyna się "zawrotna" kariera. Pierwsze, z czym spotykają się nowi pracownicy, to chaos organizacyjny. Nikt nic nie wie, a decyzje są podejmowane na chybcika, bo jakoś trzeba zapełnić luki kadrowe. Obecnie firma jest na etapie desperackiego poszukiwania pracowników (tak, ja też znajduję się w tym gronie, do którego trafiła wiadomość na Facebooku pt. podejmij pracę w VEO, przecież jesteśmy tacy super. Muszę przyznać, że pierwszy raz spotykam się z praktyką, że firma, której dopiero co podziękowałam za współpracę próbuje ponownie mnie zrekrutować).
Wracając do meritum...Nowy pracownik trafia na stanowisko buyera lub prospectora, z czego przydzielenie do tego drugiego stanowiska często wiąże się ze znaczną obniżką pensji. Praca prospectora to najgorsze co wam się może w tej firmie przytrafić. Będziecie wydzwaniać całymi dniami, licząc po cichu na zawrotną premię w wysokości 24-160 zł/msc, którą uzyskuje tylko 10 najlepszych prospectorów w całej firmie (przez całą firmę mam tu na myśli także biura w Rumunii i Bułgarii). Praca buyera, z kolei sprowadza się do dzwonienia do dostawców w bazie, przy czym jakość samych baz pozostawia wiele do życzenia. Nie dosyć, że trafiają się kwiatki w stylu cmentarze, to na dodatek przeważnie 1/3 takiej bazy to firmy, które nie życzą sobie kontaktu ze strony firmy, a kolejna 1/3 to takie, które raz bądź dwa dostały ofertę z naszej firmy i nie są zainteresowane jakąkolwiek formą współpracy. Niestety, takich firm nie można skasować, bo a) nie byłoby do kogo dzwonić, b) Francja wróżąc z herbacianych fusów dochodzi do wniosku, że te firmy mają potencjał i !na pewno mają! pilnie skrywane przed wami stocki. Bazy ze względu na dużą rotację w firmie co chwila zmieniają właścicieli, więc już na start każdy musi się zmierzyć z ogromną ilością syfu po poprzednikach.
Firma chwali się szkoleniami i międzynarodowymi projektami. Faktem jest, że czasami rzeczywiście wysyłają ludzi do Francji lub do Rumunii. Wyjazdy na targi też są możliwe, ale trzeba się samemu wokół tego zakręcić. Niestety, międzynarodowe projekty to z kolei bajeczka, którą można włożyć między "podwyżki" i "awanse". A jeżeli już przy tym jesteśmy…
Firma nie daje podwyżek, to co wynegocjowaliście na początku to macie, więc jak ktoś planuje związać swój los z tą firmą to polecam rzucać na rozmowie astronomiczne kwoty. Awanse? Nie wiem czy awansem można nazwać większą liczbę obowiązków za te same pieniądze…
O czym warto by jeszcze wspomnieć? Może o profesjonalnej kadrze kierowniczej, której przydałoby się zapoznać z Kodeksem Pracy dokładnie, a nie czytać go na wyrywki. Nie liczcie na żaden szacunek ze strony tych ludzi. Przedłużanie umowy w ostatni dzień, informowanie pracownika o nieprzedłużeniu umowy na trzy dni przed, wypominanie zbyt częstych L4 i traktowanie go jako koszt to niestety w firmie standard. Dla nich jesteście cyfrą i niczym więcej. Z firmy w ciągu ostatnich 4 miesięcy zwolniła się połowa pracowników, co chyba o czymś świadczy...
Jakby tego było mało Rumunia i Francja traktują polskich pracowników jak tanią siłę roboczą, a menadżerowie ślepo przekazują to, co Francja z Rumunią sobie wymyślą, nieważne, czy logika za tym stoi czy nie.
Sama praca nie jest nawet ciekawa, jest rutynowa i mało ambitna. Czymś takim może zajmować się nawet małpa, znajomość języków obcych tak naprawdę w zasadzie to nie jest do niczego potrzebna (przecież wystarczy wykuć na pamięć 5-6 zdań, a email napisze Google translator - metoda z powodzeniem stosowana przez Francję).
Podsumowując, biorąc pod uwagę obecną sytuację na rynku pracy, polecam szukać szczęścia gdzie indziej i unikać tego Titanica, który pomalutku opada na dno. Za kiepską kasę nie warto szarpać sobie nerwów przez 8 i pół godziny dzień w dzień.