Jest tak dużo tematów do opisania, że nie wiadomo od czego zacząć. Może od pieniędzy. Choć co tu pisać, pensja jest żenująca, jeśli porównać ją do tego, ile człowiek wkłada energii i mimo wszystko zaangażowania w tę robotę. Do domu wracam wykończona, czuje się jak kapeć, a jestem ledwo po 30-tce, niech nikt nie myśli, że bliżej mi do emerytury niż dalej i jestem zmęczona życiem. Pracuję już na tyle długo, że jestem w stanie opisać pracę zarówno z punktu widzenia kasjera jak i sprzedawcy na mięsie. Nie zdażyło mi się być jeszcze na zwolnieniu lekarskim i nie należę do osób, które uciekają na L4 jeśli tylko grafik nie przypadnie do gustu lub zapiją na imprezie i kac nie pozwala przyjść do pracy. Albo po prostu teksty "mam wyje***e, idę na zwolnienie", przedłużę sobie urlop. Takich ludzi jest mnóstwo, myślę, że nie tylko w S. ale wszędzie. Do czego zmierzam.....do tego, że każdy mierzony jest jedną miarą i choćby za przeproszeniem glut ci wisiał z nosa, łeb boli, mięsnie bolą, gorączka szaleje to i tak coooo???? Symulujesz! To jest jedno z najpopularniejszych słów używanych w S. (oprócz oczywiście wszystkich epitetów, które język polski ma w swym arsenale). Nie możesz chorować, nie możesz narażac pracodawcy na takie koszty. Jak to zdrowie ci siada? Od czego? Przecież my wiecznie nic nie robimy. I jak zwykle tekst typu "jak ci nie pasuje, to sie zwolnij, przyjdzie ktoś na twoje miejsce". I tu się mylą. Znalezienie pracownika, który rzeczywiście chce pracować graniczy z cudem. Ludzie przychodzą i mówią, że nie będą zapier****ć za takie pieniądze, nie robią na akord. Jak trafisz na zmianę z kimś kto ma takie podejscie, to pod koniec zmiany nic tylko strzelić sobie w łeb, żeby sie juz nie męczyć, nie musieć następnego dnia przeżywać tego samego. Tego tempa jak na wyścigach, tego sztucznego uśmiechu do klienta mimo, że masz wszystkiego dość, ledwo snujesz nogami, w brzuchu burczy z głodu. Najważniejsze jest aby klient był zadowolony. A recepta na to wg naszej firmy to: 1) nawiąż kontakt wzrokowy, uśmiechnij się! 2)Wysłuchaj, bądź cierpliwy, 3) najlepiej jeszcze zapamiętaj czy ten osobnik był już dziś w sklepie czy nie, bo jeśli nie to przywitaj go "dzień dobry", a jeśli tak to "witam ponownie". 4) Następnie doradź zrzędzie, bo przeciez musisz doprecyzować czego potrzebuje, skoro sam tego nie wie, najlepiej bądź jasnowidzem. 5) Poleć dodatkowy produkt, zadaj pytanie "czy coś jeszcze?" . A najbardziej rozpierdala*ą ci, którzy mówią "tak, poproszę kilogram uśmiechu". O ja prdlęęęę!!!! A ja poproszę lepszą pensję, przerwę, wodę, siku w tym momencie, a nie za godzinę i mniej upierdliwych intersantów (o przepraszam, klientów). Kolejna kwestia to regionalna. Niewyżyta sfrustrowana małpa, która ma wiecznie ze wszystkim problem, która myśli, że jak mi powie "tu brakuje tego czy tamtego" to ja bez jej uwagi tego nie widzę. Wszystko widzę, wiem czego brakuje i jeśli tego nie ma to dlatego, że nie mam czasu w tym momencie ogarnąć tematu, bo jest jeszcze milion innych pilnych spraw. Czy ona myśli, że my tam leżymy? Baba uwielbia poniżać ludzi, nie szczędzi sobie tego nawet przy klientach, którzy niejednokrotnie to komentują (oczywiście nie w jej obecności) i dziwią się, że taki kołtun zarządza ludźmi, nie ma szacunku i jedyna metoda na jej bolączki to darcie mordy lub chamskie teksty. Sama myśl o jej przyjeździe doprowadza mnie do nerwicy, biegunki, trzęsących się rąk i palpitacji serca. Pracownicy nie mogą między sobą rozmawiac. Nie mam tu na mysli kwiecistych rozmów o życiu prywatnym i towarzyskim. Mówię o zamienieniu ze sobą kilku zdań oczywiście w międzyczasie kiedy wykonujemy swoje obowiązki, a mamy możliwość zamienić parę słów. Nie wolno!!!! Bo klient poczuje sie zlekceważony! (nawet jak go nie ma). Przez coś takiego atmosfera jest napięta do granic możliwości, ciężko o dobre relacje z innymi, na każdym kroku człowiek czuje się inwigilowany, podsłuchiwany, zaszczuty. Przychodzi klient, nawrzuca, obrazi, kierownictwo posłucha, nie zareaguje, mimo, że zmieszają człowieka z błotem (przykład naszej koleżanki). Na magazynie powiedzą, że świr, że nie ma absolutnie racji, dziweczyna na mięsie dostaje zjeb*kę za brakującą karmę dla psa, dowiaduje się, że nic nie umie, nic nie wie, nie nadaje się do pracy. Kierowniczka to słyszy, stoi obok, klient wyzywa od kur*w, ale reakcji zero. Takie sytuacje zdarzają się często, może nie zawsze z bluzgami, ale zawsze jest to samo - nikt nie stanie w obronie pracownika. Inny temat - tajemniczy klient - to jest dopiero bzdura. KTO MI UDOWODNI że go nie zaliczamy lub zaliczamy? No kto? Słowo przeciwko słowu. Jak to weryfikują? Może taki tajemniczy wejdzie do sklepu, spisze imiona pracowników (choć i to nie zawsze się zgadza i jest domyślando o kogo chodzi), pójdzie do samochodu, wypełni ankietę, kto mu się spodobał temu zaliczy, kto nie, temu nie zaliczy. Do tego kompletnie brak mi słów. A teraz - miliony fiszek z cenami. Zero poszanowania naszej pracy, czasu, zdrowia. Ha ha, brakło mi znaków.