Coraz mniej najlepiej zarabiających Polaków mieści się w statystykach dotyczących tzw. trzydziestokrotności. Dane ZUS pokazują wyraźny spadek – w 2025 roku limit rocznej podstawy składek przekroczyło około 311 tys. osób, podczas gdy rok wcześniej było ich niemal 342 tys. Jeszcze kilka lat temu liczba ta przekraczała 400 tys. To nie kosmetyczna zmiana. To sygnał.

Trzydziestokrotność i jej konsekwencje

Roczny limit podstawy składek emerytalnych i rentowych w 2025 roku wynosił 260 190 zł. Po jego przekroczeniu pracownik przestaje płacić składki emerytalne i rentowe, co automatycznie obniża łączne obciążenia. Konstrukcja systemu sprawia więc, że w pewnym momencie daniny realnie maleją.

Spadek liczby osób przekraczających ten próg może oznaczać jedno: najlepiej zarabiający coraz rzadziej wybierają klasyczny etat. Eksperci wskazują na rosnącą atrakcyjność jednoosobowej działalności gospodarczej, szczególnie po 2022 roku, gdy zwiększyła się konkurencyjność ryczałtu. To decyzje chłodno kalkulowane. Wysokie dochody nie lubią nadmiernych obciążeń.

„Nowy próg”, którego nie widać w ustawie

Między drugim progiem podatkowym – 120 tys. zł – a limitem trzydziestokrotności powstaje osobliwa strefa najwyższych obciążeń. Właśnie tam klin podatkowy przybiera najbardziej dotkliwą formę.

Przykłady są wymowne. Osoba zarabiająca 15 tys. zł brutto na początku roku otrzymuje 10 555 zł netto, oddając około 30 proc. dochodu. Po przekroczeniu drugiego progu kwota spada do 8016 zł, a łączne daniny rosną do blisko 47 proc. Gdy dochód przekroczy trzydziestokrotność, obciążenie zmniejsza się do niespełna 41 proc. Przy wynagrodzeniu 26 tys. zł brutto różnice są jeszcze bardziej zauważalne – po przekroczeniu limitu netto rośnie.

Eksperci mówią wprost: progresja przestaje być linią wznoszącą, a zaczyna przypominać zakrzywiony wykres.

System do korekty?

Źródłem napięcia pozostaje brak waloryzacji drugiego progu podatkowego. Przy rosnących wynagrodzeniach coraz więcej osób wpada w wyższe stawki, co zwiększa wpływy budżetowe. Propozycje zmian pojawiały się już wcześniej – od podniesienia kwoty wolnej do 45 tys. zł i progu do 200 tys., po projekt zwiększenia limitu do 140 tys. zł.

Dyskusja trwa, choć interes fiskalny państwa pozostaje oczywisty. Z perspektywy najlepiej zarabiających rachunek jest równie jasny – etat przestaje być neutralnym wyborem. W tak skonstruowanym systemie decyzja o formie zatrudnienia staje się elementem strategii finansowej, a nie tylko zawodowej.

Źródło: biznes.interia.pl