Decathlon, no tak... Czytając opinię byłych pracowników rozsianych po całej Polsce widać uniwersalną problematykę tej sieci, te same błędy i te same bolączki sklepu, który bardzo chce pretendować do takiego wiecie, fajnego, zajebistego, młodzieżowego miejsca pracy, gdzie jest wszystko na luzie, tylko niestety z pominięciem paru istotnych, zwłaszcza dla młodych ludzi aspektów, które tę zajebistą atmosferę skutecznie psują. Wypiszę je w punktach, utrzymując ciąg przyczynowo-skutkowy, bo wszystkie bolączki 'Deksa' się uzupełniają.
1. Tragiczna niedbałość o wyszkolenie pracowników, olewactwo i 'jakoś to będzie'. W moim przypadku przez miesiąc czekać trzeba było na kompleksowe szkolenie z produktów na dziale, wcześniej po zatrudnieniu po prostu pozostawała improwizacja, lanie wody, mydlenie oczu i niezręczne 'nie wiem' na pytania klientów. Było mi głupio i zrozumiałe były miny klientów, bo co to za sklep, gdzie obsługa jest kompletnie niekompetentna? Szkolenie bylejakie, na odwal się i niekompleksowe. Do tego brak chociaż podstawowego przeszkolenia z najczęstszych pytań klientów o asortyment z innych działów, żeby chociaż ich nakierować. Normalne, że klient widzi człowieka w kamizelce i nie interesuje go czy jest z turystyki, czy z rowerów, czy z biegania, tylko chodzi mu o odpowiedź. A jak świeży pracownik np. biegania ma odpowiedzieć na pytanie 'gdzie znajdę X'? Sami sobie radźmy, a co. Szkolenie na kasie zamiast zrobić w spokojnym momencie udzielane jest zza pleców przy największej kolejce zdenerwowanych ludzi, gdzie pod wpływem presji ciężko się nauczyć perfekcyjnie po 30 sekundach obsługi kasy jak robot.
2. Brak doceniania inwencji twórczej, kreatywności, zwykłej chęci pracownika do polepszania działu, wszyscy w jednym worze. Pracownicy Decathlonu dzielą się na dwóch - tych, co przychodzą 'do roboty', robią wszystko na odpieprz i kręcą się po sklepie gdy nie ma ruchu aby jakoś doczłapać się do końca zmiany oraz na tych, co przychodzą 'do pracy' starając się pozytywnie i z sercem obsługiwać klientów, w wolnym czasie od ruchu dbając o czystość działu i nowe rozwiązania, z własnej, nieprzymuszonej woli. Jak myślicie, dyrekcja rozróżnia te dwie osoby? Nie, czasem kierownik pogrozi paluszkiem leserom, a starający dostaną 'ale super fajna sprawa' i nic. Żadnej premii, żadnego docenienia, nic.
3. Docieram do kwestii, dlaczego tylu ludzi stąd spier*ala. Tragiczne zarobki, na pół etatu 800 złotych, nadgodziny żeby wyrobić tego zasranego tysiaka z wielkim bólem, tragiczna podstawa. Wiecie, każdy w Decathlonie na równi, ale frajerzy studenci niech tyrają na głodowe stawki. Ciągłe przepieprzanie kasy na jakieś bezsensowne zmiany ekspozycji, polerowanie podłóg, ale na porządne stawki pieniędzy nie ma :( Oczywiście dyrekcja i inni zarabiają 5000-6000 i wyżej, ale jak to w naszym polskim kapitalizmie - dla frajerów na dole dajemy po najniższej linii i jeszcze stwarzamy im poczucie, że są członkami elitarnego zespołu, a my sobie tam kosimy najwięcej ile się da. Nie mówię, że dyrektor ma zarabiać tyle co pracownik, ale przyznacie, że poniżej 1000 złotych dla studenta/ucznia to żenada?
4. Ogromne wymagania, często nadwyrężanie zdrowia przez dźwiganie rzeczy, generalnie kompetencje i zakres pracy nieproporcjonalne do zarobków.
5. Ogromna rotacja pracowników, co miesiąc poza specjalną grupą o której zaraz znikają stąd kolejni młodzi ludzie mający te same odczucia - wykorzystanie, niedocenienie, za duże wymagania, nędzne przeszkolenie, BRAK PERSPEKTYW ROZWOJU.
6. Brak chęci ze strony dyrekcji do zatrzymania pracowników, brak pytań 'czemu odchodzisz' tylko bardziej 'gdzie teraz idziesz' z uroczą, ujmującą miną mówiącą 'rozumiem czemu spier*alasz nie będę Cię zatrzymywał'. Rotacja się nakręca, ale przychodzą nowi, nieświadomi, młodzi, którzy z powodu tragicznej edukacji ekonomicznej w szkole nie mają pojęcia o swoich prawach na rynku pracy, o tym, ile to godziwe zarobki, byle była praca i rodzice dali spokój, że się nie dokładamy do rachunków. Wielu przejrzewa na oczy po paru miesiącach jak ja i wielu moich kolegów oraz koleżanek, a wielu zostaje 'wiecznymi decathlończykami'.
Kim są 'wieczni decathlończycy' z syndromem sztokholmskim? To grupa ludzi siedząca w tym burdelu 2 lata i więcej, bez perspektyw na życie, zarabiających z jakimiś nędznymi podwyżkami może ze 100-200 więcej, nie widzący w zarzutach innych do pracy nic złego, kochający to miejsce i broniący jak niepodległości każdej krytyki. Takich frajerów właśnie nasi 'dyrektorzy' wielkich molochów do dymania frajerów potrzebują, dlatego nasz kraj po '89 roku ma tak zdegenerowany rynek pracy ludzi bez poczucia swoich praw i bez godności.
Podsumowując - francuska firma, francuska nowomowa funkcjonująca na nazywanie elementów i procesów w sklepie oraz typowo polskie zarobki, polskie dysproporcje w zarobkach i polska pogarda do pracownika. Nie polecam, niech mój wpis będzie dla Was przestrogą.
Wpis ląduje tutaj bo więcej przeczyta, problematyka uniwersalna.