PONIEDZIAŁEK
Dzień Świstaka. Kolejny poranek kiedy budzę się na kacu, kolejny kiedy przyrzekam sobie, że nigdy więcej tak się nie załatwię. Oczywiście zachowuję na tyle trzeźwy umysł, że zdaję sobie sprawę, że są to obietnice bez pokrycia.
Po omacku sięgam dłonią po butelkę, którą stawiam na wszelki wypadek na stoliku nocnym. Wciąż nie otwierając oczu, pociągam kilka łyków wody i zrzucając nogi z łóżka, poszukuje stopami mięciutkich kapci. Zamiast obuwia natrafiam na równie miękką sierść Cypisa. Siedzę tak przez chwilę na brzegu małżeńskiego łoża i tępo wpatruję się w wyjątkowo zachmurzone niebo, natarczywie smyrając nogą kota po grzbiecie. Mimo, że z całych sił pragnę ponownie zakopać się w pościeli, postanawiam obudzić w sobie chodź krztę profesjonalizmu, którego ostatnio tak bardzo mi brak i nie spóźnić się na poranne zajęcia.
Z ciężkim sercem i jeszcze cięższą głową, ruszam na bosaka do łazienki, a potem wprost do kuchni, gdzie po raz drugi dzisiejszego dnia dopada mnie melancholia. Wpychając w siebie kolejną łyżkę jogurtu, zatrzymuje swój wzrok na oknie i jak zahipnotyzowana wpatruję się w martwy punkt.
W tym nietypowym stanie wyruszam swoim bardzo typowym środkiem transportu do pracy. O wejścia idzie zauważyć, że nie jestem sama ze swoim parszywym nastrojem. W zasadzie chyba nie ma dzisiaj w robocie osoby, która pałałaby optymizmem. Daję swoją rękę, że w procesie przygnębienia ludzkości udział brała wyjątkowo kapryśna pogoda. Personel snuje się po korytarzach w żółwim tempie, nadgorliwi przełożeni zamykają w swoich gabinetach, wywieszając na drzwiach kartki z wymownym tekstem : „Nie przeszkadzać. Trwa spotkanie”. Też bym tak chciała, zamknąć się, odciąć od wszystkiego. Na szczęście początek tygodnia zaczynam stosunkowo luźnym poniedziałkiem.
Przemierzając korytarz ze zwieszoną głową, docieram pod własną „trzynastkę”. Bez zbędnego namysłu, zupełnie mechanicznymi ruchami przekręcam zamek i wchodzę do środka, zostawiając otwarte drzwi na oścież. Trzeba przyznać, że widok mojego biura nigdy mnie nie zachwycał, jednak dzisiaj gabinet wygląda jeszcze bardziej ponuro niż zwykle. Szare ściany, szarość za oknem. Nie ma co się dziwić, że przygnębienie rośnie z minuty na minutę.
Zakopuje się w papierach i dziękuję bogu, że nie muszę od rana użerać się z egoistycznymi postaciami, które wy macie za wielkie gwiazdy sportu. Zdradzę wam sekret, ot taki bonusik od cioci Laury, że przez cały okres mojej przygody w Klinice poznałam mnóstwo sportowców. Wielu z nich to świetni goście. Normalni, życzliwi ludzie, nie tylko na boisku, ale i w życiu prywatnym. Jednak znaczna część tych przykładowych obywateli i fantastycznych sportowców to typowe niziny społeczne. Możecie mi wierzyć, ale w rzeczywistości nie odzwierciedlają nawet części ich wypromowanej prezencji za którymi stoi cały sztab menagerów. To typowi gracze. W mediach budują wizerunek fajnych ziomków, a tak naprawdę są zwykłymi gburami, z którymi wcale nie miałbyś ochoty wyskoczyć na piwo. Niestety, ale część moich pacjentów to wielkie gwiazdki, dla których główną wartością jest sława i laseczki. Tak, tak, karierowicze dla których nie jest ważny orzełek na piersi, a to by zaliczyć więcej panienek i wypić kilka kolorowych drinków na vipowskich imprezach.
Tak naprawdę nie wiem po co to mówię, może żebyście wiedzieli, że w życiu nie wszystko jest takie jak może wydawać się na pierwszy rzut oka. Zresztą, nie ważne… W końcu sama sobie zgotowałam ten los.
Pogrążona w ciszy własnych myśli przerzucam tony papirologii stosowanej, do której zawsze brakowało mi cierpliwości. O dziwo dziś idzie mi to wyjątkowo sprawnie, bez większego wysiłku. Właściwie to nawet zaczyna sprawiać mi to niewytłumaczalna przyjemność. Postanawiam wykorzystać nagły przypływ natchnienia i zrobić długo odwlekaną archiwizację teczek. Jestem tym tak zaaferowana, że nawet nie wiem kiedy do moich drzwi zaczyna dobijać się pierwsza „gwiazda”.
Nietęgi nastrój mnie najwidoczniej nie opuszcza, bo na widok młodego sprintera muszę hamować się by nie westchnąć z niezadowolenia. Powstrzymuję się od tego nietaktu dosłownie w ostatniej chwili, szybko rozpoczynając blok zajęć. Standardowo na rozgrzewkę zadaję kilka niespecjalnie trudnych pytań, a potem przechodzę do ulubionej części spotkania czyli monologu pac jęta, podczas którego mogę zająć się dosłownie wszystkim tym co zechcę, byle tylko nie słuchać tego niezbyt inteligentnego bełkotu. Zepsułam się, wiem. Nie musicie mi o tym przypominać. Zdaję sobie z tego sprawę, nawet nie próbuję was przekonać , że jest inaczej. Musiałabym być ślepa by nie zauważyć, że od pewnego czasu przestało mi zależeć na swoich podopiecznych. Po ludzku nie chce mi się najzwyczajniej w świecie starać. Nie chce mi się wysilać, bo moje zaangażowanie i tak przynosi mi niewymierne korzyści. W zasadzie jakby się nad tym głębiej zastanowić to w ogóle nic mi się nie chce, na nic nie mam ochoty. Chociaż… Jest co