Na początku nie miałem zamiaru pisać tutaj nic, ale widząc, ile osób dopytuje o warunki, postanowiłem dodać coś od siebie.
Rozumiem, że szukacie pracy w marketingu, rynek jest trudny i nie jest łatwo znaleźć pracę, ale naprawdę, lepiej iść na chwilę popracować w knajpie niż narażać się na płacz, ataki paniki i wieczne poczucie winy.
Może zacznę od czegoś, czego nie żałuję. Portfolio. Odchodząc z agencji, miałem naprawdę fajne marki, z którymi pracowałem i na pewno podnosi to wartość waszego CV (ale mi się trafiło, była część specjalistów, która dostawała jakieś firmy przemysłowe, ciężkie). Minus jest taki, że nie jestem pewien, czy jestem w 100% dumny z tego, co udało się dla tych marek stworzyć. Nie dlatego, że nie chciałem. Ale kiedy walisz jak na taśmie i masz 2–3 godziny na klienta premium, to wyobraźcie sobie, co można wymyślić. Albo kiedy klientowi były obiecane gruszki na wierzbie (no bo trzeba sprzedać, a dyrektor sprzedaży jest mistrzem wciskania cudów na kiju), a potem nie było zasobów, żeby to zrealizować. Oczywiście po sprzedaży odsuwał się od wszystkiego, mówiąc, że jego praca jest skończona. A jak klient był niezadowolony i rozczarowany, wina spadała na zespół. Nawet najlepsi przy takich warunkach popełniali błędy. Za dużo wydanych budżetów, źle ustawione kampanie, błędy w tekstach. No przy takiej presji, ciężko być bezbłędnym.
Generalnie część ludzi i specjalistów jest super, ale przez to, co wprowadza management, jak nędzi i mędzi, ludzie zaczynają sobie nie ufać, stają się sobie wilkiem i już nie wiesz, komu możesz coś powiedzieć. Poznałem tutaj masę ludzi, z którymi można konie kraść, są zdolni (większości z nich już tam nie spotkacie, też podziękowali za współpracę) i to oni osłodzili mi ten czas w agencji.
W ciągu czasu, który spędziłem w tej firmie, zwolniła się cała masa ludzi. Niektórzy odeszli gdzie indziej, ale co zastanawia najbardziej, część odchodziła, nie mając nic w zanadrzu lub wolała odejść na freelance (trauma postagencyjna). Pytaliscie gdzieś, czemu w takim razie czemu część została rok a nawet dwa. Część ma rodziny, część zobowiązania, nie każdy może sobie bohatersko odejść, a nie sztuką jest trafić z deszczu pod rynnę. Zgadnijcie, jak traktuje się odchodzących. Jakby to oni byli źródłem problemów. Część z nich stała się persona non grata. No bo jak można odejść z tak wspaniałego miejsca. Zero refleksji. Zero.
Nie mówiąc o tym, że management nie posiada kompetencji miękkich. Udzielanie feedbacku, ewaluacja pracownika, ja nie wiem, czy ktoś kiedykolwiek tak źle mi obu udzielał. Nie ma też żadnego chain of command. W normalnej firmie najpierw rozwiązujesz sprawę z zainteresowanym, potem lecisz do szefa szefów.
Dodatkowo chwalą się, że mają stawki konkurencyjne i dobrze płacą. Moi drodzy, brutto na B2B to nie netto. Mamy do zapłacenia podatki i ZUS-y. Klienci płacą grube hajsy, a specjalista odpowiedzialny za taki projekt dostaje ochłapy. A spróbuj poprosić o UoP, bo na przykład chcesz zostać rodzicem, chcesz stabilności, cokolwiek. Owszem, możesz, ale pomniejszą ci wypłatę o koszty pracodawcy. A potem i tak się okazuje, że firma ma długi w niezapłaconych fakturach (czy to jest nasza wina, że nie umiecie ściągać opłat?). Albo że kwartał był słaby. Nie wiem, jak ta rentowność jest liczona, serio.
Pytaliście o elastyczność. 40 godzin tygodniowo, tyle masz zaraportować. Ni mniej, ale możesz więcej. Tylko nikt ci tego nie odda. Ani w wypłacie, ani w wolnych dniach. A nadgodziny bezpłatne to norma.
Mógłbym przytoczyć tutaj 747484 kuriozów, które mnie spotkały w tej firmie, dziwnych plotek i gaslightingu, ale nie mam czasu na pisanie epopei.
Jeśli jesteście odporni na stres, nie dajecie sobie w kaszę dmuchać, możecie próbować. Wszakże część ludzi siedzi tam latami.