Polski rynek długu przeżywa prawdziwą fiestę. Inwestorzy indywidualni i instytucjonalni masowo kupują obligacje – skarbowe, korporacyjne, fundusze dłużne. Liczby robią wrażenie, ale im dłużej trwa ten entuzjazm, tym częściej zapala się pytanie: czy to wciąż rozsądny ruch?

Rekordy sprzedaży i apetyt na „stały dochód”

W 2025 roku Polacy przeznaczyli na detaliczne obligacje skarbowe niemal 75 mld zł, a do funduszy dłużnych popłynęły dziesiątki miliardów kolejnych środków. Styczeń 2026 przyniósł historyczny rekord wpłat do TFI – 8 mld zł, z czego większość trafiła do funduszy obligacyjnych. Popyt na emisje korporacyjne bywał tak silny, że emitenci zwiększali oferty. Nawet aukcje Ministerstwa Finansów kończyły się sprzedażą wielomiliardowych pakietów przy znacznej nadsubskrypcji. Obligacje stały się narodową strategią inwestycyjną.

Inflacja, stopy i efekt świeżych zysków

Boom napędziły malejąca inflacja i wysokie stopy procentowe. Przez wiele miesięcy realne oprocentowanie pozostawało dodatnie, co czyniło stały dochód atrakcyjnym. Do tego doszły wyniki – indeks TBSP po załamaniu w latach 2021–2022 odbił dynamicznie, a fundusze dłużne notowały dwucyfrowe stopy zwrotu. Historia pokazuje, że właśnie takie wyniki przyciągają kapitał najmocniej.

Coraz mniej paliwa do dalszych wzrostów

Dziś sytuacja wygląda inaczej. Inflacja spadła w okolice 2 proc., cykl obniżek stóp zbliża się do końca, a zadłużenie publiczne przekroczyło 60 proc. PKB. Rynek zdyskontował już wiele pozytywnych informacji, więc przestrzeń do dalszego spadku rentowności pozostaje ograniczona. Obligacje wciąż mają miejsce w portfelu, jednak strategia „all-in” w tej fazie cyklu może okazać się nadmiernie optymistyczna. Entuzjazm inwestorów bywa bowiem najgłośniejszy tuż przed zmianą tonu rynku.

Źródło: bankier.pl