Niemiecka gospodarka doświadcza największej fali bankructw od czasów kryzysu finansowego. W sierpniu 2025 roku odnotowano 1409 niewypłacalności spółek – o ponad połowę więcej niż przed pandemią. W ciągu pierwszego półrocza pracę straciło już ponad 141 tysięcy osób, a straty wierzycieli osiągnęły 33,4 miliarda euro.
Firmy upadają jedna po drugiej
Dane Instytutu Leibniza w Halle pokazują, że niemiecka gospodarka znalazła się w trudnym momencie. Tylko w największych 10 procentach bankrutujących spółek zatrudnienie straciło 12 tysięcy osób – aż o 30 procent więcej niż w lipcu. Mimo że liczba upadłości spadła w sierpniu o 11 procent względem poprzedniego miesiąca, skala problemu wciąż przewyższa wszystko, co widziano od 2005 roku.
Eksperci podkreślają, że mamy do czynienia z kryzysem strukturalnym. Patrik-Ludwig Hantzsch z Creditreform Economic Research ostrzega, że obecne problemy mogą doprowadzić do poziomów znanych z lat 2009–2010, gdy w Niemczech zbankrutowało ponad 32 tysiące przedsiębiorstw. Wskazuje również na narastającą falę zwolnień, które dotykają nie tylko przemysłu, ale także usług, handlu czy transportu.
Szczególnie uderzające są dane za pierwsze półrocze – 11,9 tysiąca upadłości oznacza najwyższy poziom od dekady i wzrost o 9,4 procent rok do roku. W samym drugim kwartale 2025 roku liczba niewypłacalnych firm była najwyższa od trzeciego kwartału 2005.
Największe straty ponosi przemysł i motoryzacja
Kryzys uderza szczególnie mocno w sektor przemysłowy, który od dawna uchodził za fundament niemieckiej gospodarki. Sierpniowe upadłości oznaczały utratę 3,7 tysiąca miejsc pracy w fabrykach, a tylko w pierwszej połowie roku w branży motoryzacyjnej ogłoszono 19 bankructw dostawców. Od 2020 roku liczba niewypłacalnych firm w tym sektorze sięgnęła już 155, co zagroziło 43 tysiącom pracowników.
Produkcja przemysłowa notuje trwały spadek – o 8 procent w 2024 roku i kolejne 2 procent prognozowane na bieżący rok. Wskaźniki dla producentów maszyn i urządzeń nie pozostawiają złudzeń: przewidywany spadek o 5,6 procent i wykorzystanie mocy produkcyjnych na poziomie zaledwie 79,1 procent to wartości, które wyraźnie pokazują słabnącą kondycję.
Problemy dotykają także innych sektorów. Transport i logistyka prowadzą w statystykach upadłości, budownictwo oraz hotelarstwo również notują wyraźne wzrosty. Handel detaliczny pogrąża się przez konkurencję internetową i osłabione wydatki konsumentów, a branża meblarska skurczyła się o 7 procent do poziomu 16,4 miliarda euro przychodów.
Energetyka, koszty i koniec wsparcia
Ekonomiści przypominają, że dzisiejsze bankructwa mają swoje źródła w kilku kryzysach, które nakładały się na siebie w ostatnich latach. Wojna w Ukrainie zakończyła epokę taniego rosyjskiego gazu, co szczególnie mocno uderzyło w energochłonny przemysł niemiecki. Koszty energii drastycznie wzrosły, a firmy straciły istotny element konkurencyjności.
Sytuację pogorszyła polityka monetarna – Europejski Bank Centralny podniósł stopy procentowe z niemal zerowych do poziomu ponad 4 procent w 2024 roku, co zwiększyło koszty finansowania. Choć inflacja spadła do 2,2 procent w 2025 roku, wcześniejsze skoki cen nadal odbijają się na kondycji firm.
Kolejnym ciosem był koniec programów pomocowych z czasów pandemii. Przez kilka lat sztucznie tłumiono naturalną falę bankructw, a dziś obserwujemy efekt odłożony – fala niewypłacalności narasta, bo rynek nie jest w stanie dalej maskować problemów strukturalnych.
Przykłady głośnych bankructw – jak upadek Recaro Automotive czy Flabeg Automotive – pokazują, że kryzys nie omija nawet firm o ponadstuletnich tradycjach. W tle rośnie obawa, że domino upadłości naruszy łańcuchy dostaw i osłabi także te przedsiębiorstwa, które jeszcze walczą o utrzymanie się na rynku.
Źródło: money.pl