Generalnie, sama firma jest raczej OK - szału nie ma, ale jak się pracuje i nie szuka guza, to spoko. Wszak ja na produkcji nie pracowałem ale większość ludzi nie wyglądała na niezadowolonych. Firma cały czas szuka ludzi na produkcję...
Ja zrezygnowałem a pracowałem w Centrum w IT. Wszystko spoko - fajni kumple ale management (któy jest częściowo w Niemczech i UK) trochę kuleje. Mój za chwilę były menago, nie dość że ma chyba jakiś kompleks to jeszcze zachowuje się jak dureń. Nie wnikam, wydawał się być spoko.
Ad rem: rekrutowałem się na specjalistę IT. Mój pierwszy kontakt zaczął się od telefonu w stylu "ile pan zarabia - ooo, to za dużo dla nas". No i spoko. Ale owi managerowie poszli po rozum do głowy i po tygodniu dzwonią, że jednak fajnie by było mieć kogoś ogarniętego i ze skilami w zarządzaniu w IT. No, to się zgodziłem. Po drodze, miał do m nie dzwonić manager zatrudniający, mój przyszły manager i... nikt do mnie nie zadzwonił. Po pierwszym dniu, kierowniczka HR woła mnie do siebie i mówi, że... zmieniła się struktura IT i szukają team leadera (aka koordynatora). YAY! Awans po pierwszym dniu pracy! Zajefajnie!
No, i bajkowa historia w zasadzie się kończy. Przez siedem miesięcy prosiłem o zakres obowiązków, nie byłem traktowany jak team leader a jak polski chłopak na posyłki niemieckiego managera. Generalnie, szybko pokapowałem się, że mam dzielić się wiedzą i pomysłami a kto inny będzie spijać śmietankę. Będąc w zacnym kręgu team leaderów widziałem wyraźną różnicę w traktowaniu mnie a pozostałych kolegów z IT w BB. Polacy to zawsze byli wg opinni mojego menago, troublemakerzy i hamulcowi. Bo my niejednokrotnie udowadnialiśmy, że ktoś jest w błędzie albo "to je.nie" (pozdrawiam kolegów). Long story short - firma szukała team leadera, ale mój menago w zeszłym tygodniu mi rzucił, że jednak nie - że mam zasuwać jako spec IT z rolą p.o. team leadera. Oczywiście, nie zgodziłem się.
Także lojalnie uprzedzam, jak w sieci pojawi się ogłoszenie na stanowisko IT Specialist do Enersys i będą pytali o ITIL czy zarządzanie, to odradzam. Wątpię, by poszli po rozum do głowy i chyba nic się nie nauczyli (zaznaczam, że po tym, jak już zrobiłem rozpoznanie i rozeznanie, nie obwiniam lokalnego HR) - źle przekazują informacje, jest mnóstwo niedomówień, nie wiedzą czego chcą. Podobno, kiedy manager IT był w Polsce, było nieźle. Odkąd jest Niemiec, chyba wyraźnie boi się, że jak znajdzie się ktoś ogarnięty, to go usunie ze stołka (choć ja nie miałem aspiracji na managera). W firmie pieniądze są, trzeba tylko o nie mocno powalczyć. I nie polecam zgadzania się za pracę za mniej, niż się miało - chyba, że się jest studentem albo dopiero wchodzi na rynek IT (przy czym Enersys to nie jest firma informatyczna....) i nie zna się realiów.
Słowem: fajnych ludzi poznałem, nieźle się ubawiłem i poznałem parę nowych rzeczy ale nie polecam. Teraz mam pretensje do siebie, że zgodziłem pracować się za mniej. Bo jak już łapali mnie w sidła "specjaliście płacą jak studentowi" to potem nie można oczekiwać, że po siedmiu (!) miesiącach okresu próbnego, dostaniesz podwyżkę i faktycznie zmienią ci zarówno grade jak i oficjalnie stanowisko. A tak? Skur.iłem się dzieląc wiedzą i doświadczeniem a na koniec menago mnie i tak zrobił "najeźdźca"...
Bonusy: kursy języków (angielski lub niemiecki), darmowy parking (serio: pracowałem np. w Katowicach, gdzie firmowy parking był pełny a kolejka chętnych długa i szukanie miejsca to był challenge), owocowe wtorki (skrzynka owoców co tydzień), premia roczna, bonusy na święta. Atmosfera? Fajna ale mówię to za część biurową.