Niedawno jeden z naszych kolegów-informatyków pisał na tym forum, jaki to on (i jego koledzy) jest ważny i że należy go tytułować inżynierem. Właściwie kolegów z działu IT nie powinno się tytułować informatykami, tylko raczej (z nielicznymi wyjątkami) technikami technologii informacyjnych, a w świetle tego, co napiszę dalej również tytuł inżyniera jest mocno na wyrost.
Otóż ostatnio wpadł mi w ręce artykuł o informatykach, błędach w programach i odpowiedzialności programistów za te błędy. Okazuje się, że statystyczny programista popełnia na 1000 linii programu 4 błędy. Jeden błąd na 250 linii oprogramowania! Zadam naiwne pytanie: co by się stało, gdyby prawdziwi inżynierowie popełniali tak często błędy, które na etapie weryfikacji nie były wyłapane i poprawione? Otóż w odróżnieniu od informatyków, inżynierowie odpowiadają za swoje błędy. Jeśli inżynier-projektant popełnia poważny błąd, to odpowiada nie tylko służbowo, ale również karnie i zawodowo (tak jest u instalatorów, elektryków, konstruktorów czy architektów – wszędzie tam, gdzie do wykonywania zawodu wymagane są stosowne uprawnienia). Powiem wprost – gdyby projektanci mieli się równać z wami, specami IT, to nie powinni ponosić ŻADNEJ odpowiedzialności za swoją pracę, bo tak właśnie jest z pracownikami branży IT. Wskażcie mi proszę jakikolwiek program do projektowania, którego autor ponosi odpowiedzialność za ewentualne błędy w działaniu swojej aplikacji. Takie rzeczy się nie zdarzają – każdy (każdy!) program w umowie licencyjnej ma zapisy, w świetle których autor nie ponosi jakiejkolwiek odpowiedzialności za skutki błędnego działania swojego produktu. Czy można wyobrazić sobie w normalnej praktyce inżynierskiej całkowite wyłączenie odpowiedzialności projektanta za popełnione błędy? Pytanie jest oczywiście retoryczne.
Oczywiście są różni pracownicy działu IT – jest kilku bardzo fajnych sympatycznych, chętnych do pomocy i fachowych chłopaków, są też i kanalie donoszący na kolegów z pracy – nie zawsze właściwych zresztą. Ale to chyba tak jak wszędzie. Teraz tacy ambitni, pozbawieni skrupułów s…syni mają swój czas, i w wielkiej polityce i, jak się okazało, w EPK.
A teraz trochę o tych wspaniałych prezentacjach, jakimi karmią nas nasi światli managerowie. Trochę to wszystko przypomina powerpointy ministra Morawieckiego – ładne obrazki i na pierwszy rzut oka wszystko ma sens. Ale tylko na pierwszy rzut oka. Trudno mi zgodzić się z tym, że porównuje się spadek z początku lat dwutysięcznych z tym, co mamy teraz. Brakuje mi na tych pięknych wykresach projekcji sytuacji na rok 2017. Gdyby nanieść prognozowaną sprzedaż za 2017r. to trudno znaleźć analogię z sytuacją roku 2000. Co więcej, sytuacja rynkowa jest kompletnie inna. W roku 2000 był dołek, ale i nadzieja na odbicie – nikt nie mówił o końcu epoki bloków węglowych. Teraz taki koniec stał się faktem. Energia ze źródeł odnawialnych tanieje, nowe wymagania ekologiczne BREF/BAT powodują, że inwestycje w energetykę węglową stają się jeszcze droższe. Kogo będzie stać na budowę nowych bloków, jeśli firmy energetyczne zostaną do dna wydrenowane poprzez „inwestowanie” w kopalnie?
Wracając do pięknych wykresów – z jednej strony spadek sprzedaży o 42% rok do roku, z drugiej spadek zatrudnienia w tym samym czasie o jakieś 15%, z trzeciej mediana płac niemal bez zmian. To chyba jakiś cud. Nikt mi nie wmówi, że 50% koszty uzyskania przychodu będą lekarstwem. Policzmy: standardowy koszt uzyskania przychodu (1335zł) jest pomijalnie mały, koszt wpływa na wysokość podatku – w tej chwili dla większości to 18%, oznacza to, że uwzględnienie nawet przyjęcie całości dochodu z 50% kosztem, obniżenie podatku wyniesie zaledwie około 9 punktów procentowych, czyli dla zarabiającego netto 3000zł podniesienie pensji o mniej niż 300zł. Wybaczcie, ale dla mnie ta metoda, jako panaceum na problemy finansowe biura brzmi tak samo niedorzecznie, jak to promowanie przez EPK fotowoltaiki, czy inne GRI / skanowania 3D, które dają może zatrudnienie pojedynczym osobom, ale nijak nie wpływają na sytuację EPK. Oczywiście pokazywanie mediany jest bardzo sprytne, co już wcześniej zauważył kolega. Mnie jednak bardziej interesuje, skąd te dane, kiedy średnia dla pracowni produkcyjnych to raczej 2500-3000zł netto czyli brutto 3500-4200zł (dla pracodawcy, tzw. brutto-brutto 4200-5100zł). Rozumiem, że jeśli można podawać zmanipulowane dane z ankiet, to i medianę można zawyżyć o drobne 2000zł).
Problemem jest to, że pomimo dramatycznych perspektyw nie widać chęci reformy struktury zatrudnienia. Ale może prezesi czekają do września, kiedy zastopowane we wrześniu zeszłego roku premie przestana podbijać średnie i wpływać na wysokość odpraw? To się nazywa planowanie perspektywiczne – w takim momencie obciąć wynagrodzenia, żeby pracowników zwolnić dokładnie kiedy przestaną być potrzebni (wiadomo, że pracownie na ostatni kwartał mają za mało zleceń), a jednocześnie wypłacić jak najniższe odprawy. Szkoda, że tak świetnie p