Pracowalam jako lektor w jednej filii w Warszawie. Oczywiscie umowa zlecenie, stawka srednia, ale na poczatku bylam zadowolona. Wyplata zawsze na czas, premie za uczniow ktorzy po ukonczeniu kursu zapisali sie na nastepny, dlugie bloki zajec, wszystkie w jednym miejscu, w lokalu dostepne wszystko co potrzebne do przygotowania sie do zajec. Zapowiedziane hospitacje, ktore pozniej krotko i konkretnie omawiane byly z pania metodyk. Pani troche sie lubila rozplywac nad szczegolami ale ogolnie byla mila i pomocna. Wszystko bylo ok, ja bylam zadowolona, uczniowie byli zadowoleni (prawie wszyscy chcieli kontynuowac nauke, podkreslajac ze chca miec zajecia ze mna), wladze szkoly chyba tez skoro zaproponowano mi przedluzenie wspolpracy, podniesienie stawki i dostalam 2 razy wiecej godzin. Bardzo chetnie podpisalam umowe na nastepny rok szkolny, ale wtedy niestety zmienil sie metodyk. To byl czas kiedy dowiedzialam sie co to (usunięte przez administratora) Przyszedl nowy pan (!) metodyk, a panie zarzadzajace szkola dostaly malpiego rozumu, co od razu wzbudzilo moja nieufnosc. Staral sie stwarzac pozory bardzo profesjonalnego i chcacego pracowac nad polepszeniem warsztatu kazdego lektora, ale bardzo latwo bylo wyczuc ze to zakompleksiony czlowiek, szukajacy poklasku. Bardziej zajety byl organizacja imprez integracyjnych niz trzymaniem sie grafiku hospitacji. Kto na „integracje” chodzil to hospitacje mial zapowiedziane, innym potrafil hospitacje zapowiedziec i na nia nie przyjsc, za to przyjsc tydzien poznieej bez uprzedzenia. Kto mu sie podlizywal to nie mial problemow. Ja staralam sie byc mila, ale ograniczalam kontakt do niezbednego minimum. Nie chcialam miec za duzo okazji by na przyklad dac po sobie poznac, ze wg mnie gada glupoty. No i zaczely sie cotygodniowe hospitacje (normalnie jest jedna na semestr), po kazdej obowiazkowe przychodzenie conajmniej godzine (!) przed rozpoczeciem pracy, by omowic hospitowana lekcje. Podczas kazdej gadal o wszystkim i o niczym a ja tylko grzecznosciowo przytakiwalam. Wiecej opowiesci o tym jakim byl super lektorem i jak zagial jednego czy drugiego pyskujacego nastolatka, niz konkretnych wskazowek do wykorzystania w trakcie zajec. Wiele uwag bardzo nie na miejscu. Personalne docinki, ktore absolutnie powinny byc przemilczane w miejscu pracy. Sugerowanie, ktorego ucznia traktowac lepiej bo jest czyims dzieckiem. Czepianie sie o robienie rzeczy, ktore sam kazal robic, ale np ktoras mama stwierdzila ze to nie jest dobry pomysl. Chamskie obgadywanie uczniow, a jednoczenie podejscie „klient nasz pan”. Po zasugerowaniu ze tak czeste i niezapowiedziane hospitacje nie sa w porzadku i ze nie mam czasu przychodzic co tydzien godzine wczesniej, zostalam zwolniona. Wtedy do mnie dotarlo jak bardzo bylam przemeczona psychicznie i fizycznie ta praca. Tego samego dnia po powrocie do domu okazalo sie ze mialam wysoka goraczke, odchorowywalam to prawie tydzien. Po zakonczeniu tej pracy bardzo odetchnelam, moje zdrowie znacznie sie poprawilo. Do nowej pracy poszlam dopiero po miesiacu. Nie chce myslec co by bylo jakbym sie tam meczyla jeszcze dluzej. Z calego serca odradzam wszystkie filie w ktorych metodykiem jest tomasz p.