Jajko czy kura, czyli dylematów pracodawcy ciąg da 19.10.2014 22:23
Inne
Konia z rzędem temu, kto wykaże bezpośrednią zależność pomiędzy ilością zatrudnionych pracowników, a przychodami generowanymi przez przedsiębiorstwo.
W przypadku firmy produkcyjnej, można to zrobić stosując wypracowane uprzednio normy i przekładając obliczone w ten sposób jednostki produkcyjne na konkretną wartość pieniężną. Od wartości wytworzonych dóbr do zysku jest oczywiście równie daleko, jak od kupna do sprzedaży, ale generalnie praca wytwórcza jest policzalna.
Każdego dnia pracy w fabryce, pracownik wykonuje określoną ilość elementów i nawet jeżeli nie sprzedamy ich natychmiast, to w najgorszym przypadku (wyłączając z przyczyn oczywistych branżę spożywczą) mamy jedynie zamrożony kapitał. Faktyczną stratę odnotujemy tylko wtedy, gdy nigdy nie uda się sprzedać wytworzonych dóbr. Rzecz jasna zamrożony w towarach kapitał pracujący to też strata, ale ja dziś nie o tym.
W firmach stricte handlowych, wytwarzanym produktem jest sprzedaż sama w sobie i tu właśnie pojawia się problem z bezpośrednim odniesieniem zatrudnienia do wyniku finansowego.
Jeśli w sklepie zatrudnimy dodatkowego sprzedawcę, to czy będzie to równoznaczne ze zwiększeniem przychodów? A czy większa ilość sprzedawców terenowych w hurtowni spowoduje zwiększenie jej sprzedaży?
Pracownik może przecież całymi tygodniami pracować nad wytworzeniem produktu (czyli wygenerowaniem sprzedaży), ale jeśli nie zamknie tego procesu sfinalizowaniem transakcji, to po całej tej pracy pozostanie jedynie sterta zużytego papieru i pusty toner w drukarce.
Czy słuszne będzie jednak przekonanie, że skoro zaledwie niewielka część pracy kończy się sprzedażą, to możemy pozwolić sobie na redukcję etatów?
Załóżmy, że mamy dwóch sprzedawców, z których każdy w czasach prosperity sprzedawał towary o łącznej wartości 100 tys. zł i dysponował portfelem 20 klientów. Teraz kiedy la dolce vita nie jest już takie słodkie, każdy z tych sprzedawców nadal ma 20 klientów, ale sprzedaż spadła ze 100 na 50 tys. zł.
Jeśli więc sprzedawcom o połowę spadła sprzedaż, to znaczy, że mają o połowę mniej pracy. Jak mają o połowę mniej pracy, to po co aż dwóch – wystarczy jeden, który poza swoimi, przejmie także obowiązki tego drugiego.
Matematycznie wszystko się zgadza, ale jak długo żyję, to jeszcze nie widziałem, aby taka decyzja przyniosła zamierzony efekt.
Przecież tych 40 klientów nie zniknęło i nadal potrzebuje rzetelnej obsługi. Po prostu trudny rynek nie pozwala im kupować tak dużo, jak w latach ubiegłych. Zadają tak samo dużą ilość pytań i oczekują równie wielu odpowiedzi. Kupują mniej, bo i też zapotrzebowanie mają mniejsze, ale zabierają równie dużo jak niegdyś, a może nawet i więcej czasu.
Kiedy gospodarka przeżywa zapaść, to na braki personalne popatrzmy raczej przez pryzmat utraconych szans.
Jeśli każdy z dziesięciu pracowników zarobi np. 3 tys. więcej, niż wynoszą wszystkie koszty bezpośrednio związane z jego stanowiskiem (ZUS, podatek i powiedzmy służbowy samochód), to czyż finalnie to nie będzie takie samo 30 tys. jak to, które zarobił tylko jeden, ale za to wybitny pracownik?
Pewne jest, że z punktu widzenia stabilności biznesu, lepiej jest zarobić 10 razy po 3 tys., niż jeden raz 30 tys. Dlaczego?
Jeśli mamy 10 pracowników, z których każdy zarabia dla nas 3 tys., to mamy łącznie 30 tys. na zapłacenie rachunków za światło, czynsz, prąd, ogrzewanie i naszą pracę.
Jeśli zaś mamy 1 pracownika, który zarabia dla nas 30 tys., to także mamy łącznie 30 tys. na zapłacenie rachunków za światło, czynsz, prąd, ogrzewanie i naszą pracę.
To samo? No właśnie nie to samo! Wystarczy wyobrazić sobie, że nam się jeden pracownik rozchoruje i przestanie sprzedawać.
W pierwszym przypadku wciąż mamy 27 tys. na zapłacenie rachunków za światło, czynsz, prąd, ogrzewanie i naszą pracę, ale w drugim na to wszystko zostaje nam jedynie całe wielkie zero.
Co było pierwsze? Jajko czy kura?
Czy najpierw zmniejszyła się sprzedaż i w konsekwencji były zwolnienia,
czy też najpierw zaczęły się zwolnienia, a w konsekwencji spadła sprzedaż?!