„Państwo mnie okrada, więc muszę oszukiwać pracownika.”
To jeden z najbardziej absurdalnych argumentów, jakie można usłyszeć w polskim biznesie.
Przedsiębiorca mówi o milionowych obrotach, sukcesie, rozwoju firmy i wielkich planach, a chwilę później próbuje zaoszczędzić kilkaset złotych, proponując część wynagrodzenia pod stołem, umowę zlecenie zamiast etatu albo inne obchodzenie prawa.
I oczywiście winne jest państwo.
Nie on.
Państwo.
„Koszty są za wysokie.”
„Składki są za wysokie.”
„Podatki nas zabijają.”
„Inaczej się nie da.”
Ale przecież można powiedzieć coś znacznie prostszego:
Jeżeli uważasz system za niesprawiedliwy, walcz z systemem. Nie przerzucaj kosztu własnego biznesu na pracownika i nie każ mu uczestniczyć w oszustwie.
Bo jest jeszcze jeden problem.
Jeżeli podczas pierwszej rozmowy proponujesz mi łamanie prawa, dlaczego miałbym wierzyć, że będziesz uczciwy wobec mnie?
Jeżeli potrafisz oszukać państwo, to dlaczego miałbyś mieć moralne opory przed oszukaniem pracownika?
Jeżeli zasady są dla Ciebie przeszkodą, którą można ominąć, kiedy przestają być wygodne, to nie budujesz firmy.
Budujesz system wzajemnej podejrzliwości.
I tutaj pojawia się szerszy problem Polski.
Przez dekady nauczyliśmy się funkcjonować w warunkach niskiego zaufania. Państwo często było postrzegane jako obce, opresyjne albo „niczyje”. Powstała kultura kombinowania:
„Każdy tak robi.”
„Nie bądź frajerem.”
„Jak można załatwić, to załatw.”
„Po co płacić, skoro można obejść?”
Problem w tym, że strategia przetrwania, która mogła mieć sens w określonych warunkach historycznych, staje się destrukcyjna w gospodarce opartej na współpracy.
Bo kiedy każdy zakłada, że druga strona będzie kombinować, zaczynamy wszystkich kontrolować.
Pracodawca kontroluje pracownika.
Pracownik nie ufa pracodawcy.
Klient nie ufa sprzedawcy.
Firma nie ufa klientowi.
Państwo nie ufa przedsiębiorcy.
Przedsiębiorca nie ufa państwu.
I wszyscy płacimy za to ogromną cenę.
Więcej umów.
Więcej kontroli.
Więcej audytów.
Więcej biurokracji.
Więcej prawników.
Więcej zabezpieczeń.
Mniej zaufania.
Mniej współpracy.
Brak zaufania jest jednym z najbardziej kosztownych podatków, jakie może płacić społeczeństwo.
I jeszcze jeden paradoks.
Możesz mieć milionowy biznes, ale mentalność człowieka żyjącego w niedoborze.
Możesz posiadać majątek, samochody i firmę z wielomilionowym obrotem, a jednocześnie nie być w stanie zrezygnować z nieuczciwego zaoszczędzenia 300 czy 500 zł.
Bo problemem nie zawsze jest bieda.
Czasami problemem jest mentalność niedoboru.
„Muszę wyrwać wszystko, co się da, zanim ktoś wyrwie coś ode mnie.”
To nie jest przedsiębiorczość.
To jest przetrwanie przeniesione do gospodarki rynkowej.
I nie — nie twierdzę, że polscy przedsiębiorcy są z natury nieuczciwi. Byłoby to równie głupie jak twierdzenie, że niemiecki, austriacki czy francuski przedsiębiorca nigdy nie oszukuje.
Różnica polega na czymś innym.
Cywilizowane społeczeństwo nie jest społeczeństwem, w którym nikt nie oszukuje. Jest społeczeństwem, w którym oszustwo przestaje być powodem do dumy, a zaczyna być powodem do wstydu.
Bo prawdziwa przedsiębiorczość nie polega na tym, żeby znaleźć człowieka, którego można wykorzystać.
Polega na tym, żeby stworzyć wartość, zapłacić ludziom uczciwie, przestrzegać reguł i mimo wszystko potrafić zarabiać.
A może najwyższy poziom rozwoju społecznego zaczyna się dopiero wtedy, gdy człowiek przestaje pytać:
„Ile mogę oszukać, zanim mnie złapią?”
i zaczyna pytać:
„Jak powinienem postąpić, nawet jeśli nikt nigdy się o tym nie dowie?”
Bo właśnie wtedy zaczyna się nie tylko uczciwy biznes.
Zaczyna się cywilizacja....
Z jednej strony procedury i dobrze z drugiej typowy polski oportunizm...skrajny