Zima nie jest wrogiem odnawialnych źródeł energii. Śnieg i siarczysty mróz nie zatrzymują pracy turbin czy paneli, a nowoczesna technologia pozwala funkcjonować instalacjom nawet przy -30 stopniach Celsjusza. Eksperci PIE wskazują jednak inny, znacznie poważniejszy problem – tzw. ciemną flautę.
Kiedy OZE nie daje rady
Choć śnieżne krajobrazy mogą wydawać się nieprzyjazne dla zielonej energii, rzeczywistość wygląda inaczej. Zimą wysokie wiatry i działające elektrociepłownie ograniczają zapotrzebowanie na węgiel, a panele fotowoltaiczne – montowane pod odpowiednim kątem – szybko pozbywają się śniegu, gdy tylko pojawi się słońce. Kiedy 4 stycznia produkcja ze słońca osiągnęła 4,6 GW, wszystko wydawało się pod kontrolą. Problemy zaczynają się, gdy wiatr cichnie, a słońce znika – udział OZE w miksie energetycznym spadł wówczas do 14 proc.. W czasie tzw. głębokiej ciemnej flauty może być jeszcze gorzej – i właśnie wtedy ciężar stabilizacji systemu przenosi się na źródła emisyjne.
Gaz i ciepło – ostatnia linia obrony
Eksperci ostrzegają, że zwiększona elektryfikacja ogrzewania i transportu wymusi nowe podejście do bilansowania systemu. Pompy ciepła są wydajne i ekologiczne, ale wymagają niezawodnego zasilania. Rozwiązaniem mogą być lokalne magazyny energii, dobra izolacja domów czy panele PV. Ale tam, gdzie zabraknie prądu – warto mieć plan B. Rezerwowy kominek na drewno, agregat prądotwórczy? W niektórych rejonach – jedyne wyjście. System gazowy musi być gotowy na obciążenia znacznie większe niż dzisiejsze rekordy – to on będzie ostatnią linią obrony w kryzysowych momentach.
Źródło: money.pl