Rok 2025 zapisze się w historii polskiej energetyki jako moment przełomu w imporcie LNG. Terminal w Świnoujściu przyjął rekordowe dostawy, a wykorzystanie jego mocy osiągnęło niemal absolutny pułap. Skala operacji przypomina bardziej porty azjatyckie niż europejskie — i nie jest to przesada.

Gazoport pęka w szwach, ale działa bez zakłóceń

Do Świnoujścia przypłynęło 81 statków z ładunkiem LNG — o 20 więcej niż rok wcześniej. Łączny wolumen osiągnął 6 mln ton skroplonego gazu. Takie liczby nie byłyby możliwe bez zakończonej w 2024 roku rozbudowy terminalu. Przepustowość obiektu wzrosła do 8,3 mld m³ rocznie, a mimo to instalacja utrzymała niemal 100-procentowy poziom wykorzystania, co czyni ją liderem w Europie. Dominującym kierunkiem dostaw pozostają Stany Zjednoczone (62 transporty), uzupełnione o ładunki z Kataru, Trynidadu, Senegalu — oraz sporadyczne kursy z innych kontynentów. Tak wysoki stopień dywersyfikacji odbija się w elastyczności systemu, który coraz skuteczniej uniezależnia kraj od jednego źródła surowca.

Orlen stawia na własną flotę i patrzy w stronę Gdańska

W 2025 roku gazowce należące do Orlenu obsłużyły 12 dostaw LNG — sześć razy więcej niż rok wcześniej. To ponad 780 tys. ton surowca przewiezionego pod własną banderą. W tle trwa przygotowanie do kolejnego kroku — uruchomienia pływającego terminalu FSRU w Zatoce Gdańskiej. Zarezerwowane przez Orlen moce regazyfikacyjne sięgną tam 6,1 mld m³, co razem z infrastrukturą w Świnoujściu da ponad 14 mld m³ rocznie. Taka skala nie tylko stabilizuje wewnętrzny rynek, ale i zmienia pozycję Polski w układance regionu. Kiedy LNG z Kataru, Senegalu i USA cumuje już nie tylko w Polsce, lecz z Polski wyrusza dalej — wtedy zaczyna się nowa epoka.

Źródło: money.pl