Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów postawił spółce Jeronimo Martins Polska poważne zarzuty dotyczące wprowadzania klientów w błąd przy prezentowaniu cen promocyjnych w sieci Biedronka. Stawka w tym sporze jest wysoka — kara może sięgnąć ponad 30 mld zł.

Mechanizmy promocji poddane krytyce

Kontrole Inspekcji Handlowej wykazały, że sposób prezentowania cen w Biedronce odbiegał od standardów, które gwarantują konsumentowi możliwość dokonania świadomego wyboru. Zgromadzony materiał — głównie dokumentacja fotograficzna etykiet i wywieszek — potwierdził zarzuty dotyczące nieczytelnych informacji o obniżkach. Największe wątpliwości budziły wielosztuki i promocje typu „drugi taniej”, „2+1 gratis” czy „40% taniej”, w których cena bazowa była podawana drobnym drukiem, często trudnym do dostrzeżenia.

Klienci wskazywali, że eksponowana kwota sugerowała większą korzyść, niż faktycznie mogli uzyskać. Problem widać było także w sposobie podawania najniższej ceny z 30 dni przed promocją — przepisu wprowadzonego przez unijną dyrektywę Omnibus. Informacja ta trafiała na sam dół etykiety i była zapisana małą czcionką. Dla wielu osób oznaczało to konieczność niemal detektywistycznego wysiłku, by ustalić, czy promocja faktycznie przynosi oszczędność.

Fałszywa obniżka i zarzuty wobec zarządu

Zarzuty UOKiK nie ograniczają się do kwestii przejrzystości. Urząd podkreśla, że w wielu przypadkach rabaty liczono od ceny regularnej, a nie od najniższej ceny obowiązującej w ciągu 30 dni. Taki zabieg mógł stwarzać wrażenie wyjątkowo atrakcyjnej oferty, choć w rzeczywistości bywało odwrotnie. Prezes UOKiK uznał to za przykład tzw. fałszywej obniżki, co wprost narusza prawa konsumentów.

Skala zarzutów obejmuje także odpowiedzialność osób zarządzających spółką. Urząd przypomniał, że etykiety i mechanizmy promocji nie były dziełem poszczególnych pracowników sklepów, lecz decyzją centrali, zatwierdzaną na poziomie zarządu. Trzem członkom władz postawiono więc osobne zarzuty, a indywidualna kara dla menedżera może sięgnąć nawet 2 mln zł. W tym kontekście warto dodać, że przeciętny członek zarządu Jeronimo Martins Polska zarabia rocznie ponad 5 mln zł, więc ryzyko finansowe jest realne, choć proporcjonalnie mniejsze niż w przypadku samej spółki.

Perspektywa Biedronki i możliwe konsekwencje

Na tle oskarżeń Biedronka stara się zachować ton ugodowy. Biuro prasowe spółki zapowiedziało gotowość do dialogu i podkreśliło, że dyrektywa Omnibus wciąż jest nowym aktem prawnym, którego stosowanie na polskim rynku wymaga doprecyzowania. Sieć argumentuje, że konieczna jest harmonizacja praktyk promocyjnych, co w pewnym stopniu można odczytać jako próbę złagodzenia odpowiedzialności.

Ryzyko finansowe pozostaje jednak bezprecedensowe. W 2024 roku spółka osiągnęła 102 mld zł przychodów, co oznacza, że maksymalna kara może sięgnąć 30 mld zł — kwoty równej nawet 9-letnim zyskom firmy. Do tej pory UOKiK nakładał na Biedronkę kary liczone w setkach milionów, z czego najwyższa wyniosła 506 mln zł. W porównaniu z obecną perspektywą to niemal drobne upomnienie.

Czy kara rzeczywiście osiągnie ten astronomiczny pułap? Historia decyzji UOKiK sugeruje, że skala sankcji bywa niższa niż górny limit. Jednak sam fakt, że regulator sięga po tak radykalne argumenty, wskazuje, że sprawa ma charakter precedensowy. W tle jest pytanie o granice marketingowej kreatywności — i o to, jak daleko można posunąć się w tworzeniu promocji, zanim ich logika stanie się pułapką dla konsumenta.

Źródło: businessinsider.com.pl