Witam! Jeżdżę z Aterimą od pół roku, wcześniej jeździłam do Niemiec od sześciu lat. Przez niecały rok byłam na gewerbie. Oprócz tego epizodu z własną działalnością, korzystałam z usług polskich firm pośredniczących. W zależności od tego jak szybko potrzebowałam wyjechać, zgłaszałam się do kilku firm i która wcześniej znalazła mi zlecenie, to tam jechałam. Różnic pomiędzy firmami nie widzę wielkich różnic w ich jakości. Umowy są w zasadzie bliźniacze. O zakazie konkurencji ma każda firma wpis, ale to nie jest nic dziwnego, bo i tak każdy wie jak to ominąć i ten zapis jest pustym zapisem. W 2011 pojechałam do Kanzem na południowym zachodzie Niemiec. Okolica wydawał się przyjazna. Mieszkałam w sporym domu, który choć duży nie opływał bynajmniej w luksusy. Podopiecznym był pan Heinrich, który miał 93 lata, a mimo tego był sprawny zarówno umysłowo, jak i fizycznie. Jego żona zmarła kilka lat wcześniej i po prostu brakowało mu towarzystwa oraz "damskiej reki w kuchni". Miał dwójkę dzieci, ale syn pracował w Szwajcarii, a córka co prawda w Niemczech jakieś 400 km od niego. Żadnego z jego dzieci nigdy nie widziałam na oczy na żywo, a jedynie na zdjęciach. Stella była bardzo lekka, by nie powiedzieć że była jak wczasy. Ogólnie przepracowałam tam niecały rok z miesięcznymi przerwami, gdy zastępowała mnie zmienniczka. Pewnie nadal bym tam pracowała, ale stan zdrowia dziadka się pogorszył, na skutek wypadku w zimie, gdy się poślizgnął na podjeździe do garażu podczas odśnieżania i upadł. Miał pęknietą miednicę i połamane żebra oraz nadgarstek. Jednak ta pracę wspominam bardzo miło. Zwiedziłam z nim trochę Niemiec i raz byliśmy w Belgii. Jeździliśmy jego samochodem, ja prowadziłam. on czasami też siadał za kółko, ale jeździł bardzo powoli i tylko w moim towarzystwie nie dalej niż do sklepu po zakupy. Sprawiało mu to przyjemność i czuł się dumny że jeszcze może to robić. Ja go pilnowałam, ale powiem Wam że radził sobie całkiem dobrze. Uwielbiał bigos mojej roboty, jak i moje zupy. Jedyne co przez kilka miesięcy mu nie posmakowało, to moja karkówka, którą peklowałam przez 8 dni. Stwierdził że jest za słona, chociaż mi się wydawało że jest idealna - robiłam według swojego starego przepisu. Lubił też spacerować i zbierać kasztany na jesieni. Z początku wydawało mi się, że to taki humanitarysta, romantyk trochę o nieco filozoficznym podejściu do życia. O swojej pracy zawodowej nigdy nie chciał mówić. W końcu się zdradził, że pracował w banku - uwierzcie mi dziewczyny -w życiu bym nie przypuszczała, bo to nie był typowy "cyferkowiec". Naprawdę potrafił doceniać piękno świata - tego przyziemnego: zapach kwiatów, śpiew ptaków. Godzinami potrafił przesiadywać w ciepłe dni na werandzie i rozkoszować się widokiem drzew. Potrafił godzinami opowiadać o tym, kiedy dane drzewo zaczęło zrzucać liście, kiedy ptaki wylatywały do ciepłych krajów, kiedy rozpoczęła się rójka jakiegoś tam chrabąszcza na wiosnę i na tej podstawie teoretyzował za ile rozkwitnie storczyk. Chociaż nigdy nie byłam pasjonatką przyrody, to opowiadał tak ciekawie, ze potrafiłam go słuchać godzinami, tak mnie to zafascynowało. Jak wybrałam się zn im do lasu, to znajdywał grzyby, kiedy ja - baba w sile wieku, bez okularów nie potrafiłam dostrzec maślaka, kiedy na nim stałam. Teraz nawet w Polsce stałam się ekspertką od lasu, grzybów i tym podobnych. Raz do roku staram się wyjechać w świętokrzyskie na grzyby wraz ze szwagrem, siostrą i ich dzieciakami. Moje dzieci mój chłop prędzej do Częstochowy na kolanach pójdą, niż ich do lasu wyciągnę. Od naszych podopiecznych możemy się sporo nauczyć, o ile nie trawi się osoba dementywna, czy schorowana na inny sposób. Myślę że naszą pracę postrzegamy częściej przez pryzmat tego w jakim domu byłyśmy i jacy podopieczni nam się trafili. Chciałabym mieć choć raz w życiu podopiecznego takiego jak pan Heinrich. Niestety nim nie będzie mi już dane się opiekować :-(