Pracuję w tej firmie od ok. 3 lat - tutaj i w kilku poprzednich firmach na stanowisku seniorskim, więc z niejednego pieca jadłem już chleb. To, że jeszcze nie uciekłem wynika tylko z tego, że GrapeUp jest super stabilne, a czasy nastały, no cóż... niestabilne. Jak się komuś projekt nie podoba, to może zmienić. Jak się projekt kończy, to firma bez kiwnięcia palcem płaci pensję za "siedzenie na ławce". Czytam sobie inne opinie i muszę się jeszcze zgodzić z tym, że firma rzyga kasą na pierdoły - fancy biuro, takie na bogato, upominki dla pracowników ot tak bez okazji, imprezy z przepychem i to takim super przepychem, szkolenia twarde, miękkie, językowe... Pod tym względem kurek z kasą jest odkręcony.
No i to tyle dobrego mogę powiedzieć.
Problemem jest to, że pracownik jest tu traktowany, jak trybik - taka zębatka, którą można sobie wymienić, jak się zatrze. Oczywiście, że inwestuje się w ludzi pod względem szkoleń, ale poza tym, to pracownika mają tu w dupie (kiedyś było takie firmowe retro, gdzie często padało, że problemem jest rotacja pracowników - teraz już nie ma firmowego retro:)).
Przykład 1: Na rozmowę poszedłem, choć nie szukałem pracy. W związku z tym miałem wysokie wymagania. Rozmawiałem z kilkoma osobami i dużo mi naobiecywano. I co? I to była kampania wyborcza! A po wyborach, jak to po wyborach: jest tylko "zapomnieliśmy", "może kiedyś", i inne takie.
Przykład 2: To normalne, że w takich firmach klient jest bogiem. Ale takiego płaszczenia się, to ja nie widziałem. I to rodzi problem. Z jednej strony każdy w IT wie, że klient nie zawsze wie najlepiej i naszą rolą jest przekonanie go, co trzeba zrobić, żeby był zadowolony. GrapeUp się z tym zgadza i zachęca do tego swoich pracowników - w końcu jesteśmy firmą konsultingową, więc mamy uczyć naszych klientów. Ale później słyszysz, że klient zwraca uwagę, że powinniśmy robić, co nam każą, a się nie mądrzyć. I czyja to jest wina? No nasza oczywiście. Trzeba siedzieć cicho, bo po firmie chodzą historie, jak to ktoś się pokłócił kiedyś z klientem i klient postawił ultimatum - pracownik wylatuje z GrapeUp albo kończymy kontrakt. Przesunięcie do innego projektu nie wystarczyło. Oczywiście można się domyślić, kto wygrał i kto przegrał...
Przykład 3: Elastyczne godziny pracy. No cóż... Jak trafisz do projektu, w którym kodzisz w parze z Hindusem pracującym w USA albo Singapurze, to Twoje elastyczne godziny pracy są właśnie wtedy, kiedy Hindus zaczyna pracę. Przecież on jest ze strony klienta, więc patrz punkt poprzedni. I nie ma to znaczenia, że przez strefy czasowe, pracujesz od 12 do 20.
Przykład 4: Loty. Temat rzeka. Z jakiegoś powodu, firma woli wydać więcej pieniędzy na lot kupiony na ostatnią chwilę, zamiast kupić miesiąc wcześniej z opcją rezygnacji. Efekt jest taki, że wygodne połączenia są już wyprzedane, a wszyscy mają w dupie to, że musisz wstać o 3 w nocy, albo masz 2 przesiadki zamiast jednej. A loty potrafią wymęczyć, oj potrafią. Latanie do pracy brzmi fajnie, jeśli nie robisz tego zbyt często. Słyszałem o osobie, która z powodów zdrowotnych musiała przestać latać. Zwolnili ją.... Chodzą też historię o tym, że komuś zapomnieli kupić lot powrotny i dowiedział się o tym na lotnisku. Dobrze, że przez pandemię nie latamy, ale trzeba to powiedzieć - najwięcej ludzi, których znałem i którzy zrezygnowali, zrobili to bo nie dawali już rady latać.
Przykład 5: Wynagrodzenia. Zapieprzasz, jak dziki osioł, a później się dowiadujesz, że Twoja ocena jest niska, bo powinieneś (tu będzie dobre) PO GODZINACH PRACY wziąć udział w konferencji.
Do tego dochodzi jeszcze jedna rzecz - korporacyjność. Co chwilę wypełniasz ankietę, gdzie w kilkunastu kategoriach oceniasz, jak bardzo podobają Ci się różne aspekty pracy w firmie. Co tydzień jest spotkanie, na którym wszyscy się do siebie uśmiechają i słuchają jak w firmie jest dobrze. Firma ucina publiczne dyskusje na tematy światopoglądowe, żeby przypadkiem nie wyszło, że opowiadamy się za którąś ze stron. Pracownikiem miesiąca można zostać za wrzucanie memów na slacka. Jest sporo wewnętrznych procedur i eventów. Ostatnio zostaliśmy poproszeni o wdzwonienie się na spotkanie, żeby pochwalić się świątecznym swetrem. No można... tylko po co?
Na koniec wisienka na torcie - niby w firmie jest tak wspaniale, odnotowaliśmy wzrost w czasach pandemii, klienci są z nas bardzo zadowoleni, ale podczas corocznej negocjacji stawki padło klasyczne "to był ciężki rok dla nas wszystkich" i podwyżki zależą wyłącznie od tabelki w excelu.
Słowem podsumowania. Mój obecny projekt jest spoko (w odróżnieniu od choćby poprzedniego), mój manager jest spoko, ludzie wokół mnie są spoko, nie tnę się na myśl o kolejnym dniu w pracy. Z drugiej strony CV trzymam aktualne, tak na wszelki wypadek...