Cześć, chciałbym przedstawić swoją przygodę z firmą telekomunikacyjną Orange Polska S.A. Ta krótka opowieść nie jest napisana po to żeby ludzie wiedzieli, że użalam się nad sobą, czy cokolwiek z tych rzeczy, tylko po to żeby przedstawić Państwu rzeczy, które dzieją się w małych salonach na prowincjach i o których szefostwo Orange nie ma najśmielszego pojęcia.
Mam 22 lata i jestem byłym pracownikiem Salonu Orange Polska S.A (praca u agenta, ale pod szyldem Orange), pracowałem od listopada 2016 roku do kwietnia 2017 roku - to tak w skrócie.
W listopadzie zostałem zaproszony na rozmowę kwalifikacyjną, oczywiście się stawiłem. W tym salonie byłem pierwszy raz, choć mieszkam bardzo niedaleko od niego. Po godzinie rozmowy, Dystrykt Manager powiedział, że oddzwonią i faktycznie, jeszcze tego samego dnia oddzwonili, że bardzo możliwe, iż się dostałem - jutro podejmą decyzję. Byłem bardzo szczęśliwy z tego powodu, że mogę w końcu mieć jakąś interesującą pracę i oczywiście "trochę grosza". Następnego dnia otrzymałem telefon, że zapraszają mnie i podpiszą ze mną umowę o dzieło, więc się zgodziłem (umowa na 3 miesiące, po tym okresie jeśli się sprawdziłem, obiecali mi umowę na rok czasu). Zacząłem pracę od 1 listopada, ale wcześniej nie miałem jakiejkolwiek styczności z tą firmą. Z każdym dniem co raz bardziej podobała mi się ta praca, co raz bardziej kochałem to wszystko, to wszystko co związane z "pomarańczowymi". Osoby, które nie miały nigdy styczności z pracą bezpośrednią z klientem, nie zrozumieją ile jest w tym prawdziwego piękna i satysfakcji. Pracowałem od godziny 9:00 do godziny 17:00, wiele razy zdarzało się, że musiałem i (chciałem!) zostać dłużej, ze względu na to, że byli u mnie jeszcze klienci, a wiadomo, nawet ostatniego klienta, który wejdzie minutę przed końcem, nie mamy prawa wyprosić, to wbrew wszelkiej etyce i szacunku. Mijały miesiące, doświadczenie rosło, zaliczone szkolenia HOME i MOBILE (Z najgenialniejszym trenerem, który pokazał jak można podejść do każdego klienta, każdej sytuacji z ogromnym entuzjazmem i uśmiechem, z tego miejsca pozdrawiam bardzo serdecznie Pana Artura Dytkiewicza), ale przyszedł ten moment...
Wszystko zaczęło się od problemów, od tego, że pomimo moich dużych celów comiesięcznych, dużych sprzedaży, nie dostawałem prowizji, miesiąc w miesiąc zarabiałem najniższą krajową, no! Może raz miałem "50 PLN" więcej.. Mijały tygodnie, a ja pomimo małych zarobków dalej przychodziłem do Salonu z uśmiechem, starałem się pomóć każdemu klientowi i nie chciałem "NIC WCISNĄĆ NA SIŁĘ I NIC NIEPOTRZEBNEGO" jak to robi bardzo wielu konsultantów, tylko po to żeby zapełnić "musowe" słupki sprzedażowe, ponieważ zaraz wpadnie DM (Dystrykt Manager) i będzie wszystkich wyzywał, siedział w laptopie, a przy każdej okazji dialog z Nim wyglądał tak:
- DM - Co sprzedałeś?!
- JA - Idę po telefony do szafki, klient zdecydował się na abonament za 54.99 PLN z telefonem.
- DM - Dlaczego taki mały? Sprzedaj mu większy. Gdzie jest energia? Gdzie internet? Sprzedaj coś, brakuje x do celu!
- JA - Klient wszystko ma, to po jaką cholerę mam mu dawać coś czego nie chce i później będzie niezadowolony?
Taki mały przykład. Starałem się każdego klienta traktować w sposób miły, zabawny (uwielbiałem żartować z klientami, to luzowało atmosferę), szczery i nigdy, ale to nigdy nic nie wciskałem nikomu na siłę - to zły sposób, przez który traci się klientów, ich zaufanie i odchodzą - można w inny sposób zatrzymać taką osobę.
Ci wszyscy szefowie byli bardzo oschli, chodziło tylko o pieniądze, a klient, to tylko klient, zwykły bankomat do kupowania wszelkich ofert - śmiałem się nie raz, że oni to by nawet drzwi wejściowe sprzedali żeby napełnić słupki sprzedażowe.
Nadszedł w końcu ten dzień, którego się obawiałem. Dwa miesiące przed zakończeniem mojej pracy, otrzymałem informację, że mam komornika i zadłużenie na koncie. Szefowie z Kierowniczką Salonu, poinformowali mnie o tym. Zapytali się ile tego długu jest i że będą chcieli mi pomóc - fakt faktem na tym się skończyło, bo nikt w ogóle nie pomógł, nie wymyślił dla mnie nic żeby "załapać" jakąkolwiek szansę na zarobienie pieniędzy. Zapytali się mnie czy chcę dalej pracować. Oczywiście zgodziłem się, nie chciałem tracić tej pracy, pracy, która była pierwszą, jaką bardzo pokochałem.
Minął miesiąc, dzień wypłaty... Otrzymałem połowę swojej wypłaty, jakieś 600 złotych, mówię, okej, dług schodzi, trzeba walczyć i nie można się poddawać. Oczywiście moja sprzedaż z tego powodu nie poszła w dół, nawet delikatnie się poprawiła.
Minął drugi i ostatni mój miesiąc w tym Salonie, nadszedł czas wypłaty. Nic nie dostałem, pracowałem za 0 złotych cały miesiąc (pomimo tego, że próbowłem sam ze szczerego serca dogadać się z komornikiem, ale się nie udawało). W dzień wypłaty przyjechał Prezes Agencji, Dystryk Manager, Zastępca Dystrykt Managera i oczywiście Kierownik Salonu, która miała łzy w oczach, że mnie traci, bo wiedziała co się dzieje, a ja dodatkowo nie musiałem pytać, gdy zaprosili mnie