Irena Eris uczy młodych przedsiębiorczości. Marcin Makowski: nie tędy droga
"Dzisiaj przychodzi młody człowiek i pyta: 'Ile zarobię na rękę? Co od was dostanę?'. Za moich czasów to wyglądało inaczej" - mówi w wywiadzie polska milionerka, dr Irena Eris. Warto, aby ktoś powiedział na głos, że tamte czasy nie wrócą. Albo w końcu najbogatsi zadbają o pracownika, albo spiłują gałąź, na której siedzą - pisze Marcin Makowski dla WP Opinii.
Fakt, że żyjemy w świecie, w którym dysproporcje w posiadaniu dóbr osiągnęły poziom krytyczny nikogo już dzisiaj nie dziwi. Wystarczy przypomnieć, że 1 proc. najbogatszych skumulował majątek przewyższający stan posiadania reszty ludzkości. Razem wziętej. Również poglądy głoszące, że istnieje konieczność upodmiotowienia finansowego reszty obywateli - nawet kosztem ogromnych obciążeń podatkowych względem najbogatszych - nie jest nazywany skrajnym socjalizmem, czy wręcz neomarksizmem. To dziejowa konieczność. Pisał o niej m.in. Thomas Pikkety w "Kapitale XXI-wieku" polecanym nawet przez Jarosława Kaczyńskiego. O czym jest ta książka? W dużym skrócie francuski ekonomista udowodnił, że problem nierównomiernej dystrybucji bogactwa i nierówności dochodowych z czasem będzie się tylko pogłębiał. Dzieje się tak dlatego, że przez lata w krajach rozwiniętych dochody z kapitału wyprzedzały tempo wzrostu gospodarczego, a beneficjentami tego wzrostu była nieliczna kasta monopolistów gromadząca środki, które nie przekładały się na wzrost poziomu życia reszty obywateli. Rozwiązanie kryzysu, które zaproponował, jest radykalne, ale być może jedynie skuteczne - należy wprowadzić globalny podatek od zysków kapitałowych, czyli rodzaj "solidarnego" podzielenia się dochodem z resztą świata.
Tak wygląda punkt wyjścia dzisiejszych problemów makroekonomicznych. Jakbyśmy nie traktowali podobnych postulatów, w takim świecie żyjemy. Szef dużej firmy jest znacznie bogatszy od wszystkich zatrudnionych pracowników i nikogo to nie dziwi. Jak doszliśmy do podobnego pata? W dużej mierze - choć to oczywiste uproszczenie - odpowiadał za niego wyż demograficzny i nadmiar rąk do pracy, który sprawiał, że to pracodawca dyktował warunki swojemu pracownikowi. Do tego stopnia, że normą zrobiła się patologia nieustannego cięcia wynagrodzeń i wiszącej nad głową groźby, że jak się nie podoba, to "na twoje miejsce jest 40 innych chętnych". Mniejsze koszty stałe, to większy zysk. I tak kręciły się gospodarki państw oraz kumulowały majątki. Dzisiaj, wraz z niżem demograficznym dynamika uległa zmianie. Ale nie zmienił się styl myślenia większości milionerów - nadal chcieliby budować swoje przedsiębiorstwa przede wszystkim kosztem przykręcania śruby w kadrach. Dlatego budują swoje fabryki tysiące kilometrów od biur prezesów. Właśnie w tym duchu odczytuję wywiad, którego dr Irena Eris udzieliła "Business Insiderowi". Choć sam w sobie nie jest wybitnie kontrowersyjny, ale w teoretycznie banalnych stwierdzeniach kryje się istota problemu od którego zacząłem.
"Dzisiaj przychodzi młody człowiek i pyta: 'Ile zarobię na rękę? Co od was dostanę?'. Za moich czasów to wyglądało inaczej" - mówi jedna z najbogatszych Polek, której majątek szacuje się na ponad 500 mln zł. "Rynek pracownika w Polsce jest już namacalny. Sami mamy duży problem z zatrudnieniem osób" - dodaje. Jak w takim razie odpowiedzieć na podobny kryzys? Zdaniem businesswoman należy współpracować ze szkołami zawodowymi i tam wyławiać przyszłego pracownika, który skuszony „silną marką” będzie chciał zmniejszyć swoje wymagania finansowe na rzecz wskoczenia na "trampolinę do dalszej kariery", ponieważ „(…) dr Irena Eris dobrze wygląda w CV”. Na pytanie dziennikarza, czy nie lepiej po prostu podwyższyć płace, słyszymy szczerą do bólu odpowiedź: „Niestety, nie możemy za bardzo konkurować płacami, ponieważ hotelarstwo jest bardzo ciężkim biznesem. Nasze placówki są na bardzo wysokim poziomie. Poprzez właśnie hotelarstwo staramy się budować markę, która później przekłada się także na biznes kosmetyczny. Czym to skutkuje? Olbrzymimi kosztami stałymi. Dlatego też nie możemy szaleć z płacami. Nie związalibyśmy końca z końcem”. Cóż, hotelu w Polsce nie można „outsorsować”, pracownik nie przyjedzie z Azji, więc koszta rosną…
Znamienne jest to, że Irena Eris opisując proces "dbania o markę" i jej ekspansję, za oczywiste uznaje, że musi się on odbywać kosztem redukcji wynagrodzeń. Właśnie tak wygląda aksjomat rozwoju biznesu w głowach ludzi, którzy budowali go w okresie boomu gospodarczego i możliwości szafowania tanią siłą roboczą. Dla nich wzrost "prestiżu" oznaczał niższe koszty stałe. To mentalność XX wieku, w której tkwi nawet gałąź gospodarki, uznawana tradycyjnie za innowacyjną. Zdziwienie, że pracownik chce wiedzieć, ile ma zarabiać i przekonanie, że firma rozwija się kosztem redukcji jego wynagrodzenia, a nie poprzez