Pracowałam w Lublinie jakiś czas. Szkolenie nic nie dawało, bo jak już się usiadło na słuchawkę, to się okazywało, że się nie wie absolutnie nic. Mój lider na każde pytanie odpowiadał "domyśl się" albo "przecież masz to wszystko na stronie(wewnętrzna strona pzu z przydatnymi informacjami, niestety dostępna tylko w firmie- nie zajrzysz w domu, żeby się podszkolić, a w czasie pracy to możesz to zrobić tylko na prywatnej przerwie)". Przerwy służbowe, które miały służyć na pisanie maili, albo uzupełnianie raportów miały być ograniczane do absolutnego minimum, a najlepiej, żeby wszystko robić w czasie rozmowy z klientem. Na przerwę prywatną nierzadko bardzo ciężko było wyjść, w rezultacie kiedyś czekałam 3 godziny na zjedzenie śniadania, aż rozbolał mnie brzuch z głodu. Klienci oczywiście trafiali się różni, niektórzy byli bardzo mili, ale niestety większość w niezbyt subtelny sposób wylewało na nas wszystkie swoje żale i frustracje, często uzasadnione. No i było też kosmiczne parcie na nadgodziny. Jasne, nikt nas do niczego nie zmuszał, ale mocno naciskali i to też było nieprzyjemne. Często też zdarzało się, że koordynatorzy układali grafik nie do końca uwzględniając podaną przez pracowników dyspozycyjność i dostawaliśmy takie kwiatki, jak większa ilość godzin, godziny nijak nie pokrywające się z dyspozycyjnością, albo wpisane dni, w których nas być nie powinno, a odkręcić te pomyłki było bardzo trudno i czasami dostawaliśmy informację, że sami sobie musimy znaleźć zastępstwo. Do atmosfery nie mam większych zarzutów, poznałam bardzo fajnych ludzi, ale czy do pracy przychodzi się tylko po to? A jeśli chodzi o premie, to dostać choć marny grosz jest bardzo ciężko, poza tym nie warto, bo są malutkie. Zdaję sobie sprawę z tego, że ktoś może to widzieć inaczej i nazwie mnie marudą, dlatego podkreślam, że to są tylko i wyłącznie moje prywatne spostrzeżenia.