Blisko 2 miliony osób zostało dotkniętych likwidacją PGR-ów. Z dnia na dzień ponad 500 tys. pracowników zostało bez zajęcia i środków do życia, za to z rodzinami na utrzymaniu. 30 lat po tamtych wydarzeniach byli zatrudnieni wspominają ciężką pracę, wspólne potańcówki i to, jak musieli poradzić sobie, kiedy ich świat się załamał.
30 lat temu zlikwidowano PGR-y. Byli pracownicy wspominają bolesne chwile
500 tys. byłych pracowników zlikwidowanych 30 lat temu PGR-ów z dnia na dzień zostawiono bez pracy czy pieniędzy. Okres wypowiedzenia? Odprawa? Mogli o tym zapomnieć. „Ludzie się załamywali wtedy” – wspominają byli pracownicy we wstrząsającym materiale reporterskim zrealizowanym przez redakcję NaTemat.pl.
19 października 1991 roku uchwalono ustawę o gospodarowaniu nieruchomościami rolnymi Skarbu Państwa. To właśnie na jej mocy dokonano likwidacji Państwowych Gospodarstw Rolnych. Oceniano je jako niewydajne, zbyt drogie w utrzymaniu i finalnie potraktowano jako nieudany, socjalistyczny eksperyment. Szkoda, że wraz z ich zamknięciem udawano, jakby przestali istnieć także i ludzie, którzy w nich pracowali.
Takich osób było ponad 500 tys., jednak pozostawienie ich bez pracy miało wpływ także na ich bliskich. Dziś szacuje się, że likwidacja PGR-ów mogła wywrzeć negatywny wpływ na nawet 2 miliony Polaków. Co stało się z nimi potem? Choć większość poszukiwała nowego zajęcia, duża odległość do innych, większych miejscowości z większym rynkiem pracy potrafiła skutecznie sabotować te plany.
Na długo do byłych pracowników PGR-ów przylgnęła więc łatka „nierobów”, żyjących ze świadczeń socjalnych. Jak wyglądała prawda? Jej kulisy odsłaniają dziś ostatni z tych, którzy pamiętają zarówno ciężką pracę w PGR-ach, jak i wspólne potańcówki.
Likwidatorzy PGR-ów mają wyrzuty sumienia? „Na rekompensatę już nawet nie liczę”
Jak wyglądała likwidacja PGR-ów? Ich pracowników o tym, że „mogą iść do domu”, poinformowano nagle, w trakcie dnia normalnej pracy. „Przyjechała do PGR-u polonezem. Powiedziała kierowcy, żeby nie gasił silnika. Chciała tylko zakomunikować ludziom, którzy normalnie przyszli do pracy, że to już koniec, i odjechać. Weszła tam i powiedziała, że to jest koniec, że nie będzie żadnej pracy, żadnego PGR-u. Wsiadła do samochodu. Odjeżdżając odwracała się za siebie. Ten widok, widok ludzi tak potwornie zagubionych, towarzyszy jej przez te wszystkie lata. Wyglądało to trochę tak, jakby czyściła swoje sumienie…” – wspominała historię jednej z likwidatorek w rozmowie z NaTemat.pl Joanna Warecha.
Wychowana w PGR-ze, autorka książki o tych, którzy po nich pozostali, do dziś wciąż walczy o jakąkolwiek formę rekompensaty dla osób, które pozbawiono środków do życia, a następnie o nich zapomniano. Wielu z tych, którzy jeszcze mogliby jej doczekać, już na nią nawet nie liczą.
„Ja już zrezygnowałem. Mało co nas już zostało. Z tych, co pracowali w Wartkowie, najstarszy jestem ja. Tam było 100 osób. Moi rodzice też pracowali w PGR-ze. Skoro wszyscy poumierali, to na co możemy liczyć? Zostawili i tak jak Owsiak mówi „róbta, co chceta”. W Wartkowie mieszkam cały czas od 55 roku. Wszystko obserwowałem i choć 80 lat na karku, to jeszcze trochę pamiętam” – dodawał Kazimierz Trzciński, który w PGR-ze w Wartkowie przepracował 42 lata i 4 miesiące.
Po przejściu na wcześniejszą emeryturę otrzymał jej… 760 zł. „Takimi pieniędzmi mi wynagrodzili ciężką pracę” – komentował smutno mężczyzna.
Rezygnacja nie oznacza jednak pogodzenia się ze stratą. Jak podkreślał Pan Kazimierz, problem nie leżał wyłącznie w braku odpraw, ale i utracie motywacji, jaka dotknęła wielu niesprawiedliwie potraktowanych. „Ludzie się załamywali wtedy. Niektórzy sobie radzili, a niektórzy całkowicie nie. Do dziś nie mogą do siebie dojść” – tłumaczył Pan Kazimierz.
Zasiłek, głodowe emerytury, ciągła pogoń za pracą. Co stało się z byłymi pracownikami PGR-ów?
Jak jednak wspominają byli pracownicy PGR-ów, zanim rozpoczął się ich prywatny horror, samą pracę uważali za całkiem niezłą. Z pewnością ciężką, wymagającą, ale także stabilną i zespołową. „Orałem po nocach, żeby coś mieć. Kupiłem najpierw motor Jawę, później Junaka z koszem. Urodził się nam syn Andrzej i do 1972 roku pojeździliśmy jeszcze Junakiem, a później już kupiłem samochód. Pierwszy miałem trabanta na wiosce i woziłem ludzi na śluby, na chrzty. Ciężko się w PGR-ze napracowaliśmy, ale zawsze było wesoło. Potańcówki robiliśmy. Jeden do drugiego nie miał żadnej pretensji, ani nic” – opowiadał Pan Kazimierz.
Nic dziwnego, że nagłe zamknięcie ich miejsc pracy oraz pozostawienie ich „na łasce losu” wywołało falę goryczy. Co więcej, nie było nawet czasu, aby sobie na nią pozwolić. Trzeba było szybko zacząć rozglądać się za inną pracą. A z tym wcale lekko nie było. Przykład? W gminie Sławobor po zamknięciu PGR-u na 1800 zatrudnionych osób bez pracy zostało 700. Gdzie znaleźć dla nich miejsce?
Panu Andrzejowi Wieprzyckiemu, który przepracował w PGR-ze 12 lat jako magazynier, akurat się udało. Niestety, nie wszyscy mieli tyle szczęścia. „W PGR-ze żyło się biednie, ale ludziom udawało się wiązać koniec z końcem. Ciężko się pracowało, do późna, ale kto chciał pracować i pracował, mógł normalnie funkcjonować. Była jakaś stabilność, ludzie wiedzieli, jaka jest przyszłość, że rewelacji nie zarobią, ale tyle mogą wydać, na to sobie pozwolić. A później… tragedia” – wspomina.
Jak dodaje, sytuacja naprawdę była patowa. Kiedy po likwidacji PGR-u mieszkańcy Słowenkowa chcieli ruszyć w pogoń za pracą do pobliskiego Kołobrzegu, czekała na nich kolejna, nieprzyjemna niespodzianka. Tym razem kłopotem okazał się brak transportu do miasta. Przewoźnikom przestały się opłacać kursy do miejscowości, a bezrobotnym, byłym pracownikom przedsiębiorstw brakowało i środków i aut, by móc samodzielnie swobodnie się poruszać.
Szukasz pracy w Częstochowie? Sprawdź najlepsze oferty na GoWork.pl!
Wszechobecna depresja
W miejscowościach, które powstały wokół PGR-ów, mieszkańcy w rozmowie z dziennikarzami NaTemat wspominają tragiczne wydarzenia po ich zamknięciu. Życie zgasło, a po poczuciu stabilności nastały chaos i niepokój, które wielu porównywało do emocjonalnej pustki i strachu. Osoby z tych obszarów opowiadają o bezradności i bólu, który z czasem zaczęto tłumić alkoholem. Wówczas nie mówiło się o depresji – osoby, które nie miały sił, by wstać z łóżka, określano jako „nieroby”. Opuszczeni, często w trudnych warunkach mieszkaniowych, mieszkańcy PGR-ów nigdy nie otrzymali pomocy ani możliwości wyrażenia swoich emocji.
Dopiero dziś, po trzech dekadach, przestrzeń do opowiadania tych historii zaczyna pojawiać się na nowo w debacie publicznej. Wydarzenia pandemii przypomniały społeczeństwu, jak bolesne jest tracić swoje życie zawodowe i osobiste, będąc zależnym od decyzji innych. To doświadczenie sprawiło, że problemy i traumy pozostawione bez wsparcia emocjonalnego w latach po upadku PGR-ów zaczęły być rozumiane i dostrzegane.
Nie liczą na wiele, ale chcą, aby o nich pamiętano. „Wychowano mnie w szacunku do ludzi”
Obecnie byli pracownicy PGR-ów, kiedy się spotykają, wspominają zarówno dobre, jak i złe chwile. Do tych pierwszych wracają jednak z mieszanką nostalgii i żalu. Trudno nie mieć mieszanych uczuć, kiedy wyjątkowo ciężka praca nie przyniosła spodziewanych efektów – ani wtedy, ani dziś.
„Pani, co ja się narobiłam. Co ja worków się nadźwigałam, co ja z mężczyznami kartofli do wagonów się nanosiłam. I krowy się doiło. Nie było butów nawet dobrych, tylko gumowce takie się zakładało, co woda w nich chlapała. Trzeba było gnój wynosić na widłach. Urodziłam dziecko, miało 6 tygodni, dziecko w wózek i za kosiarzem trzeba było iść i odbierać zboże. Dużo przeżyłam. Narobiłam się tyle, że mam dosyć, a teraz się choruje. Nogi jak bolą…” – opowiadała reporterce NaTemat.pl Pani Helena, która w PGR-ze przepracowała 30 lat.
Dziś, kiedy minęło ich kolejnych 30, a Pani Helena skończyła 90 lat, Joanna Warecha wciąż nie poddaje się w walce, aby ona i inni byli pracownicy PGR-ów mogli otrzymać formę finansowego wsparcia od państwa.
„To jest dla mnie ogromny zaszczyt, ogromna duma, że mogę być częścią tak wspaniałej społeczności. Przez ponad 20 lat, trochę jak samotny jeździec, jeździłam po Polsce i upominałam się o tych ludzi. Ciągle słyszałam, proszę pani, kogo to interesuje, przecież PGR-y dawno już zostały zlikwidowane. A mnie cały czas to interesuje i uważam, że to jest ostatni moment na to, żeby rządzący ponad wszelkimi podziałami politycznymi podnieśli ręce za wypłatą odszkodowań i zadośćuczynienia dla byłych pracowników PGR-ów i ich rodzin” – podkreślała.
Społeczne skutki likwidacji PGR-ów w małych miejscowościach
Likwidacja Państwowych Gospodarstw Rolnych miała ogromny wpływ na społeczności lokalne, zwłaszcza w małych miejscowościach, gdzie PGR-y były głównym źródłem zatrudnienia. Utrata pracy przez setki tysięcy osób doprowadziła do wzrostu bezrobocia, ubóstwa i migracji zarobkowej. Brak odpowiedniego wsparcia ze strony państwa pogłębił problemy społeczne, prowadząc do marginalizacji całych regionów. Do dziś wiele z tych miejsc boryka się z konsekwencjami tamtych decyzji, a ich mieszkańcy czują się zapomniani przez resztę kraju.
Potrzeba wsparcia dla byłych pracowników PGR-ów
Pomimo upływu lat, wielu byłych pracowników PGR-ów nadal odczuwa skutki likwidacji tych gospodarstw. Niskie emerytury, brak perspektyw zawodowych i poczucie niesprawiedliwości to tylko niektóre z problemów, z którymi się zmagają. Dlatego ważne jest, aby państwo i organizacje społeczne podejmowały działania mające na celu wsparcie tych osób, takie jak programy przekwalifikowania zawodowego, pomoc psychologiczna czy inicjatywy integrujące społeczności lokalne. Tylko w ten sposób można zrekompensować straty i przywrócić godność tym, którzy przez lata byli filarem polskiego rolnictwa.
Źródło: NaTemat.pl
Źródło zdjęcia: https://pixabay.com/pl/photos/emeryt-emeryci-w-podesz%C5%82ym-wieku-7390179/
Komentarze
ola
Świetnie napisane, konkret o tych, co nas w ciężkich czasach żywili. Pamiętam te czasy. Oni przecież pracowali, ziemia rodziła plony, ci ludzie je zbierali, były żniwa, ale też ich ciężka praca wysypywana na drogi i tory w ramach protestów. Zwierzęta się rodziły, mleko dawały (wylewano do rowów w ramach protestów), produkcja wędlin i wyrobów szła. Ktoś jednak te przepływy do miast blokował, trzeba było zagłodzić miasta, jak widać po unijnych hasłach wobec Polski metoda skuteczna do dziś. To nie duchy zrobiły, tylko Polacy, którzy do dziś krążą w polityce krajowej i unijnej. W internecie jest do znalezienia wykaz kolejnych rządów, premierów i ich ministrów, w porządku chronologicznym. Bez wyjątkowo ścisłej współpracy miasta ze wsią w owym czasie i przemytu byśmy nie wytrwali z głodu, musielibyśmy opuszczać domy i lokować się na prowincjach chyba. W tych blokadach ustawione były rogatki przed miastami i sprawdzano samochody, czy przypadkiem nikt mięsa dla rodziny nie przemyca, bo w sklepie same gołe haki miały być. A potem zaczęła się: wyprzedaż ziemi z PGRów, likwidacja kluczowych i najważniejszych gałęzi przemysłu, fabryk, hut, kopalń, stoczni, upadłości dobrych i innowacyjnych firm prywatnych, lawina afer, …, bardak w kraju, galopujące bezrobocie i eksodus ludzi na obczyznę na chlebem. Szanujmy się więc, bo jedni żywią, drudzy bronią – to było, jest i będzie ciągle aktualne.