W kraju, gdzie przeciętne wynagrodzenie wciąż nie przekracza granicy marzeń klasy średniej, oferta pracy z pensją sięgającą 20 tysięcy złotych miesięcznie powinna wywołać tłum chętnych. Tymczasem – jak twierdzi Ryszard Florek, prezes i założyciel Fakro – chętnych brak. Paradoks, który wydaje się prosty, a jednak dotyka sedna polskiej gospodarki: relacji między efektywnością, kapitałem i mentalnością pracy.

Praca dobrze płatna, ale wymagająca

Podczas programu „Punkt widzenia” w Polsacie Florek przyznał, że jego firma pilnie szuka około 50 monterów okien dachowych, oferując im średnie zarobki na poziomie 20 tys. zł miesięcznie. Firma nie wymaga wieloletniego doświadczenia – zapewnia szkolenie i wdrożenie. Na papierze wygląda to jak okazja, która może odmienić życie wielu rodzin, a jednak stanowiska pozostają nieobsadzone.

Czy to kwestia fizycznego charakteru pracy, wyjazdów i odpowiedzialności za montaż? Być może. Polska gospodarka od lat zmaga się z niedoborem pracowników w zawodach technicznych, podczas gdy coraz więcej osób szuka zatrudnienia „za biurkiem”. Florek mówi bez ogródek: płacę dużo, ale nie ma komu pracować.

Efektywność i złudzenia płacowe

W rozmowie przedsiębiorca przywołał wykres z danymi Eurostatu, pokazujący, jak wzrost PKB w krajach rozwiniętych przekłada się na poziom wynagrodzeń. W jego ocenie kluczowym problemem Polski nie są niskie pensje, lecz niewystarczająca efektywność pracy. „Pracownik w Niemczech jest trzy razy bardziej wydajny od polskiego” – zauważył, podkreślając, że dopiero rozwój gospodarczy umożliwia trwały wzrost zarobków.

Ta teza brzmi jak zimny prysznic dla społeczeństwa, które często upatruje przyczyn niskich wynagrodzeń w „chciwości pracodawców”. Florek przypomina: „Przedsiębiorca, który płaci za mało, traci pracowników, a ten, który płaci za dużo – traci firmę”. W tym równaniu nie ma sentymentu, są tylko liczby i bilanse.

Od Nowego Sącza po świat

Fakro, założone w 1991 roku, to dziś globalny gracz w branży okien dachowych, eksportujący produkty do ponad 60 krajów i zatrudniający ponad 4 tysiące osób. Firma przetrwała wiele turbulencji – od lokalnych kryzysów po zbombardowanie zakładu we Lwowie w 2023 roku, które przyniosło straty rzędu 30 milionów złotych. A jednak nadal się rozwija, otwierając nowe zakłady, m.in. w USA.

Florek mówi z przekonaniem, że nie potrzebuje kapitału, lecz czasu i ludzi. I może właśnie w tym zawiera się najciekawsza lekcja z tej historii: polski przedsiębiorca nie prosi o wsparcie państwa ani ulg podatkowych, lecz o coś znacznie bardziej deficytowego – chęć do pracy i wiarę w sens wysiłku.

Źródło: money.pl